BIEGOWE REFLEKSJE 34-LATKA

Za mną pierwsza połowa roku 2016 i jednocześnie kolejna cyferka w metryce wieku. Mogę tak naprawdę powiedzieć, że w końcu dojrzałem do biegów długodystansowych. Po moim debiucie w maratonie w wieku 19 lat miałem dwie refleksje. Fajny sport i atmosfera, ale sami starzy ludzie na starcie! No i nie imponowali mi swoimi szczupłymi sylwetkami. Gdzie jakiś biceps? Klata? Same chudziny! Głównie z tego powodu miałem biegowo niemal 10 letnią przerwę, a wolałem odwiedzić siłownię, pograć w piłkę czy tenisa. Dziś wyleczyłem się w chęci imponowania komukolwiek mięśniami. Nadal lubię poćwiczyć, ale obecnie bardziej z ciężarem własnego ciała niż przerzucając żelastwo. Początek roku 2016 to był już naprawdę biegowy trening w dużym poświęceniem. Codziennie. Dużo i mocno. Jak się okazało trochę za mocno.

Osiągnąwszy apogeum formy w marcu (10km w 35:29) potem leciałem po równi pochyłej. Przykurcze mięśniowe, konieczność drastycznej redukcji obciążeń treningowych i rozczarowujące wyniki w półmaratonie w kwietniu (1:21:09) i  w maratonie w maju (2:59:29) Rozczarowujące wobec moich wybujałych, wręcz megalomańskich aspiracji zameldowania się w 2h 30min na mecie maratonu w ciągu 2 lat. Pod koniec maja podczas półmaratonu w Tarnowie Podgórnym miałem okazję zamienić kilka zdań z reprezentantem Polski i zwycięzcą biegu Marcinem Chabowskim, który z niemałym zdziwieniem zapytał. „To 2:30 to tak dla żartu powiedziałeś czy na poważnie?” Odpowiedziałem coś w stylu. „Miało być na poważnie, ale póki co wychodzi z tego niezły żart”

Coż, na pewno dziś jestem bliżej ziemi. Rzeczywistość biegowa wcale nie jest taka sprawiedliwa jak myślałem. Ostry trening nie daje gwarancji postępu. Uświadomiwszy to sobie najpierw mocno straciłem motywację. W czerwcu coś tam trenowałem, ale lekko i niedużo. Miałem za to wiele wyjazdów na koncerty. Duże zmęczenie i mało higieniczy tryb życia.

Lipiec traktuję znów jako pewien przełom. Nie zamierzam się poddawać i wracam do uczciwego treningu by jesienią w maratonie poznańskim poprawić moje zeszłoroczne 2:55. O 2:30 myślę nadal, ale bardziej niż o celu jako o odległym marzeniu, które może kiedyś uda się spełnić. 2 lata? Wątpię. 4 lata. Może… A może i nigdy bo czas leci, człowiek regeneruje się coraz woniej, a lat przybywa. Nadal mam zamiar jednak gonić króliczka! To chyba najważniejsze. Droga ku postępowi daje Ci czasem więcej radości niż sama linia mety. Mówię, że byłem w czerwcu bez formy, a jednak to co już wypracowałem dało mi możliwość zajęcia 3 i 2 miejsca w dwóch lokalnych biegach na 5km. W każdym z nich startowało po kilkaset osób. Po raz pierwszy w życiu poza medalem na mecie dostałem także puchar. To takie małe nagrody, które dają radość, nawet jeśli główny cel jest bardzo odległy a może i nieosiągalny. Tak czy owak wierzę, że przede mną najlepsze miesiące i lata w biegach długodystansowych. Mam zamiar być cierpliwy i konsekwentny. I trochę bardziej pokorny. Czas na mocne treningi i stopniowe opuszczanie strefy komfortu! Za jej granicą kryją się nieznane krainy możliwości, które zamierzam odkrywać! Tego Wam również życzę na lato!

Mezo_BL_22_05

NIE JEST FAJNIE GDY ŚCIANA CIĘ DOPADNIE

Zawsze staram się szukać jasnej strony każdego zdarzenia. Wczorajszy maraton kosztował mnie mnóstwo sił. Mimo, że nie zrobiłem życiówki cierpiałem w nim jak nigdy przedtem. Już na 30km dopadła mnie straszliwa ściana. Tempo z każdym kilometrem leciało na łeb, na szyję. Wytrzymałem jednak do końca, zawalczyłem na finishu  i na pocieszenie złamałem 3 godziny. Wiedziałem, że dałem z siebie wszystko na co było mnie stać. Choć obiektywnie wynik jest porażką, muszę brać pod uwagę to że jeszcze kilka tygodni temu myślałem poważnie, żeby odpuścić ten start. Na treningach nie potrafiłem przebiec kilku kilometrów tempie 4:05/km. Wczoraj trzymałem to tempo do 30km… A potem pięknie cierpiałem… 🙂

Niestety są momenty w treningu kiedy po prostu przychodzi dołek i trzeba go przeczekać. Na pewno należy też wyciągnąć wnioski. W bieganiu nie można pewnych rzeczy zaplanować. Tak naprawdę jestem ”świeżakiem” w tej dziedzinie i teraz dopiero dochodzi do mnie ta brutalna prawda. Nie zamierzam jednak rezygnować i choć dziś wszystko boli jak tylko dojdę do siebie wracam do treningów i latem chcę być jak najmocniejszy. Będę też częściej brał udział w zawodach na 5 i 10km. Cieszę się, bo nie są to tak eksploatujące dystanse jak maraton i można właściwie z tygodnia na tydzień gdzieś startować.  Myślę, że w bieganiu nadal wiele dobrego przede mną!

IMGL6896 IMGL6957 IMGL7056 IMGL7063 IMGL7066 IMGL7164 IMGL7423 IMGL7426 IMGL7429 IMGL7436 IMGL7534

fot. Kamil Nagórek

GDAŃSK MARATON 2016 – FINAL COUNTDOWN

Kryzys kryzysem, ale w niedzielę trzeba biec i zamierzam zrobić to najlepiej jak tylko się da! Na pewno już odbiłem się od dna. Liczę, że za 3 dni nastąpi mocne wybicie górą i wykres mojej formy wróci na ścieżkę wzrostu! Ten miesiąc był naprawdę trudny, szczególnie psychicznie. Musiałem odpuszczać dużo treningów w momencie kiedy zbliżały się najważniejsze zawody. Mój trener Marcin Nagórek tak opisał ten okres na swoim blogu www.nagor.pl

„Kolejny weekend spędzę w Trójmieście, gdzie w ramach rozbiegania pobiegnę kawałek maratonu z Mezo. Tu był mały dramat, który na razie niewiele się poprawił. Jacek wspaniale przetrenował zimę, zaczął sezon od mocnego uderzenia na dyszce (35:29), ale potem przyszedł mega kryzys. Zaatakowało go na kilku frontach – akurat ocieplenie, przesilenie wiosenne, straszliwie pospinane mięśnie i konieczność wdrożenia długich, ciężkich treningów do maratonu. Najgorszy moment. Efekt był taki, że w ciągu ostatniego miesiąca trening praktycznie nie istniał. Jacek biegał tylko luźne rozbiegania, a co parę dni robiliśmy próbę delikatnego akcentu, żeby ocenić, czy coś się zmieniło. Z perspektywy czasu widać, że najlepiej byłoby od razu zrobić tydzień czy nawet dwa wolnego, ale trudno było przewidzieć, że kryzys będzie aż tak głęboki. W efekcie planowane na wiosnę 2:45 musi poczekać. Jeszcze tydzień temu wątpliwe wydawało się nawet złamanie 3 godzin, bo Jacek na rozbieganiach był ledwo żywy. Ostatnie 10 dni to jeszcze krótsze treningi, do tego tylko co drugi dzień… i coś się ruszyło. W niedzielę było nieco lepiej. Dlatego w maratonie w Gdańsku atakujemy razem w tempie mojego rozbiegania, czyli lekko powyżej 4 minut na kilometr i jeśli uda się zrobić jakąkolwiek życiówkę, przyjmiemy to z pocałowaniem w rękę. Potem odpoczynek i dalsza walka, bo Mezo jest mocny i nie pęka”

Tako rzecze trener. Zgadzam się z nim oczywiście, ale to ja muszę podołać niedzielnej misji maratońskiej i ja zdecyduje finalnie o tempie i ostatecznym wyniku. W tym tygodniu biegałem tylko dwa razy – wtorek 50 minut i czwartek 40 minut. Wszystko spokojnie i na luzie. Wiem, że na starcie będę miał dużą ochotę i determinację – głód biegania jest spory. Maraton to jednak równanie wielokrotnie złożone. Jest dużo niepewności. Jeśli pogoda nie przeszkodzi chcę powalczyć o życiówkę na poziomie 2:55. To właściwie plan minimum. Marzenie to złamanie 2:50. Chciałbym zacząć bieg tempem gdzieś pomiędzy tymi wynikami i potem balansować i przechylać szalę w stronę 2:50. Czy to realne? Naprawdę nie wiem. Ostatnie długie wybieganie miałem 24 marca. Nie mam pojęcia jak nogi zachowają się na 30 czy 35km.

Pewne jest jedno. Bardzo się cieszę na ten weekend, bo będzie to definicja tego co kocham czyli MUZYKA, SPORT, MOTYWACJA w czystej postaci. Wszystkich biegaczy oraz kibiców zapraszam już w sobotę gdzie w hali EXPO o godz. 17 będę miał przyjemność dam krótki występ wraz z wokalistką Sarą Pach i Dj`em Skillem. Potem o 17.30 wezmę udział w panelu dyskusyjnym na temat biegania. Dokładny plan imprezy pod linkiem GDAŃSK MARATON – PLAN IMPREZY Wszystkich biegaczy, fanów – serdecznie zapraszam! W niedzielę już walka stricte sportowa. Będzie dobrze! TO MUSI WYJŚĆ – MUSI!

73812-PPO16-33-21-000101-ppo16_01_kkn_20160417_102205_1IMGL9839 (2)12168445_765436796917486_618159316_o

BUNT CIAŁA

mms_20160422_225143Rollin…Rollin…Rollin…

Nie piszę ostatnio zbyt wiele o swoim bieganiu bo nie lubię narzekać. Chyba powinienem jednak podzielić się z Wami tym jak się miewa moja forma. A jest dosyć dramatycznie. Wynik z Poznań Półmaratonu, który był dla mnie mało zadowalający z dzisiejszej perspektywy wydaje się naprawdę całkiem niezły. Po biegu zrobiłem 3 dni zupełnej laby i w czwartek wyszedłem na trening z dużym zapałem. Niestety gasł z każdym kilometrem. Czułem się jakbym biegł z ciężarkami przy kostkach, ponadto ból w piszczelach i prawym kolanie. Przystąpiłem niezwłocznie do rozbijania wszystkich przykurczów. Masaż i codzienne rolowanie. Trener, fizjoterapeuta, żona – torturowali mnie wszyscy z nadzieją rozbicia pospinanych mięśni. W międzyczasie truchtałem po 40 minut dziennie w tempie 5:20/km i gorzej i wcale nie były to dla mnie przyjemne treningi. Naprawdę bałem się czy w niedzielę podczas biegu na 10km w ramach Warsaw Orlen Maratonu  będę w stanie poprowadzić żonę na czas 47minut!!! Taki mały dramacik 🙂 Na szczęście udało się, a dzień później biegało mi się nieco lepiej. Wczoraj spróbowałem zrobić lekki akcent. Miałem biec 12km w tempie ok 4:00/km. Głowa chciała, samopoczucie dobre, ale nogi na urlopie. Po 2-3km pogodziłem się z myślą, że 4:20/km to maksymalne tempo, które mogę utrzymywać. Przy tym oddechowo czułem się bardzo dobrze. Nogi jednak całkiem zbuntowane, jak nie moje…

Dotychczas świetnie dogadywałem się ze swoim ciałem. Dawałem mu trudne zadania do wykonania, ale wszystko w granicach rozsądku. Ciało dźwigało te ciężary, odpoczywało i było znów gotowe do pracy. Teraz zupełnie straciliśmy komunikację. Nic się nie słucha! Woła o wakacje! I naprawdę chętnie był się na nie zgodził, ale… nie teraz! Na dwa i pół tygodnia przed maratonem, który miał być głównym sprawdzianem formy! Póki co zapowiada się piękna katastrofa. O misji 2:30 przestałem nawet myśleć. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że za 2 lata planuje rekord świata w maratonie, bo byłoby to równie realne. Nie znaczy to, że się poddaje, ale obecnie przeżywam nie brak postępu, a jakiś dramatyczny regres, totalną niemoc. Doskonale rozumiem teraz syndrom depresji biegacza. Dotychczas myślałem, że bieganie jest sprawiedliwe i oddaje tyle ile włożysz. Gdyby tak było szykowałbym się z pewnością do ataku na 2:45 w Gdańsku. W tej chwili drżę, żeby w ogóle być w stanie pobiec.

Nie chcę wchodzić w szczegóły powodów tej niedyspozycji. Wiem, że wielu z Was pewnie ma jakieś rady, ale mam wokół siebie dobrych doradców i wiem, że prędzej czy później dojdę do siebie. Póki co fakty są takie, że plan który od listopada do marca realizowałem niemal perfekcyjnie z początkiem kwietnia zupełnie się rozsypał. A moje ostatnie długie wybieganie miało miejsce ponad miesiąc temu. Na 17 dni przed maratonem nie wróży to dobrze, a czasu na nadrobienie czegokolwiek już po prostu nie ma. Wierzę, że moje nogi wrócą z urlopu, a ja robię kolejne 3 dni laby i czekam z nadzieją na trening w poniedziałek. Pocieszające jest to, że zaczynam sezon koncertowy. W niedzielę gramy z zespołem, Kasią Rościńską, Johnem Jamesem i Dj`em Skillem we Wronkach. Zapraszamy! 🙂

SMAK ŻYCIÓWKI

finish_9ppm_2016fot. Magdalena Fornalik

Czy powinniśmy się cieszyć z każdej życiówki biegowej? Uważam, że tak – dlatego mam problem. Nigdy wcześniej nie przebiegłem 21,1km w tempie 3:50/km, po raz kolejny wziąłem udział we wspaniałej imprezie w rodzinnym mieście czując niesamowite wsparcie kibiców! Jestem za to wdzięczny! Ale przechodząc do chłodnej analizy ta życiówka smakuje gorzko…

Marcowe treningi, a przede wszystkim wynik na Maniackiej Dziesiątce (35:29) pozwalały myśleć o wyniku  1:17-18. I taki był mój plan. Trzymać tempo w okolicach 3:40/km i korygować założenia w trakcie biegu wedle samopoczucia. Niestety już po 5km czułem, że to nie jest mój dzień. Mięśniowo byłem przymurowany, nie czułem lekkości. Chlupało mi w butach i wiedziałem, że skoro zaczynam zwalniać po 7-8km podczas półmaratonu,  nie zakończy się to sukcesem. Nie szukam wymówek. Jestem tu gdzie jestem, tego dnia nie stać mnie było na lepszy bieg. Uważam jednak, że na wynik duży wpływ ma ogólny kryzys, który złapał mnie ok 4 tygodni temu. Jestem nieco przemęczony objętością treningu, organizm trochę się buntuje. Muszę dać mu oddech i myślę, że wykrzesam z siebie lepsze osiągi.

Postawiłem sobie wysokie cele i nie zamierzam się nad sobą rozczulać. Bieganie w relaksacyjnym tempie odkładam na dalsze lata (ale będzie fajnie…) a obecnie trenuję mocno i zamierzam pokonywać kolejne biegowe bariery. Niezależnie jak duży to będzie postęp nie odpuszczę. Przez najbliżej 2 lata po prostu cisnę, a jak przełoży się to na wynik nie zależy tylko ode mnie. Gdzieś mam pewnie swoje ograniczenia fizyczne, genetyczne, wydolnościowe. Mogę popełniać pewne błędy treningowe, mogę nie mieć odpowiedniej ilości czasu na regenerację ze względu na pracę zawodową. Jest wiele składowych biegowej układanki.  I te wszystkie znaki zapytania, wzloty i upadki sprawiają, że droga postępu jest tak fascynująca!

IMG_3840Ps. Żona też pocisnęła ostro! 1h47min!

MIĘDZY AMBICJĄ A LUZEM…

mezo_maniacka_finish_19032016

No to mamy kryzys, kryzys, kryzys… No może póki co kryzysik albo światełko ostrzegawcze. Wczoraj nie biegałem. Dziś miał być ciężki trening, a potruchtałem jedynie przez 40 minut. Jutro też wolne. Co jest? Ano boli kolano i przemęczony jakiś jestem. W sumie spodziewałem się, że kiedyś to musi przyjść. No i przyszło tylko w najmniej oczekiwanym momencie…

Wszystko ostatnimi czasy wydawało mi się perfekcyjne. 35:29 na Maniackiej dało dużo wiary. W następnym tygodniu czułem się bardzo dobrze i w zeszły czwartek zaliczyłem mocne 30km długiego wybiegania z udanym przyspieszeniem na końcu. Wieczorem tego dnia jeszcze czułem się znośnie. A od piątku coraz ciężej. Wydawało mi się, że to normalne zmęczenie więc truchtałem w tempach 5:30-6:00 do poniedziałku, kiedy zaplanowany był cięższy trening.  No i w poniedziałek był już lekki dramat. W połowie treningu skończył mi się prąd i założone tempa były nie do utrzymania. Pierwszy raz od wielu miesięcy skróciłem trening. Potem do końca dnia leżałem z katarem w łóżku. Na drugi dzień poszedłem potruchtać, ale nie miałem zupełnie mocy. Do tego zaczęło mnie boleć kolano…

Mamy KRYZYS, KRYZYS, KRYZYS…

Takie sytuacje to prawdziwy test dla ambitnych biegaczy. Zrobić przerwę, odpuścić na kilka dni? Jak to?! Przecież sezon startowy właśnie się zaczął, muszę trenować by być gotowy! Przecież stracę formę, kilometraż mi spadnie! Trzeba gonić za życiówkami – czas ucieka – wszyscy inni trenują! Na szczęście wtedy przypominam sobie moje hasło przewodnie, którego zamierzałem się trzymać. „Ku rekordom, BEZ NAPINKI!” Biorę głęboki oddech, łapię luz i … zapominam o bieganiu. Nie jest to łatwe, ale póki co nie ma z tym wielkiego problemu. Po pierwsze wierzę, że to tylko drobna zmęczeniowa niedyspozycja. Forma nie ucieknie w kilka dni. Pracowałem na nią miesiącami. Może nawet będzie dzięki tej krótkiej przerwie lepiej…

Wierzę, że w weekend będę mógł już normalnie trenować i śledzić co na innych biegowych frontach, choćby na półmaratonach w Warszawie i Berlinie. Bądźcie wdzięczni jeśli jesteście zdrowi i pełni sił! Ja nabieram nieco głodu biegowego i spadam pisać tekst do nowej piosenki!

IMG_4730

 Page 1 of 5  1  2  3  4  5 »