RYTM ŻYCIA RAPERA-BIEGACZA czyli RELACJA Z SUPERWEEKENDU

AKCENT – KONCERT – TRENING – KONCERT – TRENING – KONCERT – AKCENT. Tak mniej więcej brzmi rytm tego dłuuugiego i bardzo intensywnego weekendu. Zaczęło się w piątek od mocnego treningu w Warszawie z moim trenerem Marcinem Nagórkiem. Wieczorem byłem świadkiem spektakularnego koncertu Rihanny na Narodowym, w sobotę przemieściłem się 400km na zachód by zagrać swój koncert w Sławie (nie zapominając o treningu) by w niedzielę przejechać kolejne 400km na koncert do Radomia (nie zapominając o treningu) W poniedziałek byłem martwy, ale wyspawszy się walnąłem jeden z bardziej udanych ciężkich treningów od miesięcy. 3 x 3km po 3:40. Teraz leżę… Jestem zmęczony i zadowolony 🙂

PIĄTEK

Do Wawy wybrałem się z żoną pociągiem chcąc ograniczyć do minimum zmęczenie dosyć długą trasą. Naszym wieczornym celem był koncert Rihanny (ja cieszyłem się również na support Big Seana) ale zanim zafundowaliśmy sobie tą muzyczną ucztę trzeba było się zmęczyć! Wyjazdy do Warszawy to dla mnie zawsze okazja, żeby spotkać się z moim biegowym trenerem, czasem razem potrenować. Tak było tym razem. Zrobiliśmy bardzo intensywny, krótki trening krosowy w bardzo wymagającym terenie. Najpierw 3 x 1km po 3:30 (wyszło dokładnie 3:28, 3:24, 3:30) i potem kluczowy odcinek ok 3,4km ciągłego mocnego biegu po lesie, korzeniach, pagórkach, piachu. Do końca trzymałem plecy Marcina. Dla niego był to wysiłek pewnie taki na 3/4, dla mnie ostra walka na granicy. Pod górę pierwszy km wyszedł nam ok 3:50, potem już się rozpędzaliśmy (2km ok 3:40) i końcówka to lekka mgiełka przed oczami i ponad km w tempie 3:30 i lepiej! Ten trening uświadomił mi jak przydaje się wspólny trening, presja partnera, która potrafi nam dodać skrzydeł i wykrzesać dodatkową ambicję. Ja trenuję póki co sam, ale myślę ostatnio coraz częściej nad robieniem niektórych mocnych jednostek (akcentów) wspólnie z innym biegaczem (mam już kilku kandydatów w głowie 🙂 )

Po treningu, zadowolony, udałem się z żoną na koncert, który naprawdę nie rozczarował. Wypełniony po brzegi stadion robił wrażenie. Olbrzymia scena, dobre nagłośnienie (przynajmniej z płyty stadionu, bo słyszałem, że ludzie na trybunach narzekali) – energetyczny rapowy support Big Seana i gwiazda wieczoru Rihanna – co by nie powiedzieć – dziewczyna zamieniająca każdą piosenkę w hit od ponad dekady! 80 minutowy show dał pełną satysfakcję. Napięcie było odpowiednio dawkowane, aby osiągnąć apogeum w kilku końcowych piosenkach. Zespół muzyczny grał rewelacyjnie, chórek, tancerze – wszystko na światowym poziomie! No i najważniejsze – Rihanna na żywo naprawdę daje radę! Potrafi śpiewać, ma sceniczny luz. Wydaje mi się,  że miała dobry dzień i sama bawiła się naprawdę świetnie! Swoją drogą nie mogła zlekceważyć takiej publiki, która była wpatrzona w nią jak w obrazek!

IMG_4951Z żoną Weroniką. Publikę rozkręca Big Sean.

 

Nocleg mieliśmy u Marcina Nagórka, który czekał już na nas z…  70% śliwowicą. My przynieśliśmy wino, znalazły się też jakieś browarki i domowy melanż zakończył się przed 4. Nasz dobry nastrój napędzały nie tylko alkohole, ale także ceremonia otwarcia Igrzysk w Rio. Było o czym dyskutować (główną atrakcją było zgadywanie gdzie leżą na mapie świata wszystkie te mini reprezentacje sportowców z np. Tuwalu, Nauru czy Suazi…)

SOBOTA

Obudziłem się z błyskotliwą myślą, że chyba wczoraj piłem alkohol, a przede mną powrót do Poznania, trening i wieczorny koncert. Na szczęście odespałem swoje w pociągu czytając nieco także nową książkę Jerzego Skarżyńskiego o bieganiu jego metodą. Stara szkoła polskiego biegania, którą dotychczas nieco pomijałem. Mimo, że większość rzeczy jest dla mnie już znana (przeczytałem kilkanaście biegowych poradników i duuużo rozmawiam z Nagórem) to polecam szczerze tą pozycję książkową.

Trening zrobiłem ok 15. Bardzo wolne 11km po sucholeskim poligonie (tempo 5:30/km) Na szczęście tego dnia nie strzelali, więc wróciłem żywy. Potem w auto i ponad 100km do Sławy na koncert. Przed 20 rozpętała się niezła burza i nasz występ stanął po lekkim znakiem zapytania. Wykorzystaliśmy ten czas, żeby lekko „nastroić” się Jackiem Danielsem i ok 20.30 zaczęliśmy koncert. Z czasem pod scenę wracali kolejni ludzie, przegonieni przed deszcz. Zdecydowanie udany koncert i fajna publika. Wystąpiliśmy w pełnym składzie czyli ja, Kasia Rościńska (wokal) Vito WS (rap) John James (wokal) Dj Skill (Dj) Artur (perkusja) Pasażer (piano) Rafi (bas) Wróciłem do domu zupełnie nie pamiętam o której… 🙂

20160806_213914Dla Sławy!

NIEDZIELA

Niedzielny poranek był znacznie cięższy niż sobotni. Tu muszę podziękować mojemu akustykowi Antkowi Sobuckiemu, z którym ustaliłem swoje zwolnienie z próby. Zespół chciał wracać zaraz po wieczornym koncercie  w Radomiu. Ja wiedziałem, że zostanę na noc, bo chcieliśmy z żoną odwiedzić jej kuzyna mieszkającego w okolicy, więc dojechaliśmy swoim autem na sam koncert (zespół pojechał wcześniej busem) Przed wyjazdem zrobiłem 10km bardzo wolnego biegu wraz z żoną (tempo ok 5:50/km)

Dojechaliśmy do Radomia na ostatnią chwilę po 18. Miałem niecałą godzinę do występu.  Przebrałem się, wypiłem browarka i na scenę! Grało mi się świetnie i byłem strasznie gadatliwy. Dj Skill zawsze po koncercie lekko się ze mnie podśmiechuje, że potrafię nawijać po 3-4minuty między piosenkami. W Radomiu rzeczywiście dobrze mi się rozmawiało z publiką. Było trochę o sporcie (Rio)  i o spranych, ulubionych t-shirtach, kupionych na zapyziałych targowiskach (wystąpiłem w jednym z takich) Mimo, że nieco skracałem na końcu wyszło prawie półtorej godziny grania (czyżby podświadomy wpływ maratonu?) Po koncercie pojechaliśmy odwiedzić „radomską” rodzinę.

31a76fae36deaf0db293260b3ae0de25resNet10_ndRadom na lekkim efekcie… 🙂

PODZIEDZIAŁEK…i wtorek

Byłem już solidnie zmęczony weekendem, a miałem zaplanowany ciężki trening, którego sednem były 3 rundy po 3km w tempie 3:40 na 3 minutowej przerwie w truchcie. Wróciliśmy do domu późnym popołudniem i już wiedziałem, że ten trening nie ma sensu. Byłem wykończony. Jedyne na co zdołałem się zebrać to 10km ok 5:10/km na bieżni mechanicznej w domu, oglądając, niestety przegrany mecz deblowy w tenisowy pomiędzy Kubotem/Matkowskim, a Ferrerem/Bautistą. Potem zasnąłem jak dziecko…

Przespawszy ponad 10h poczułem się dobrze. Wypiłem espreso i ruszyłem na zaplanowany dzień wcześniej akcent. Wyszedł wyborny trening! Nie spodzieałem się tego zupełnie. Doskonałe warunki atmosferyczne – ok 18st. C. Znacznie się ochłodziło i biegałem jak maszyna. Najpierw 20′ spokojnie na rozgrzewkę i potem zasadnicza cześć na stadionie lekkoatletycznym. Dystans mierzyłem zegarkiem bez GPS`a od lini do lini. Pierwsza trójka (3:40, 3:38, 3:35) Druga (3:40, 3:37, 3:35) czyli niemal identycznie. Trzecia – ostatnia i najcieższa (3:40, 3:36, 3:27!) Miałem moc w końcówce, cierpiałem już bardzo mocno, ale była wola walki!

FullSizeRender (1)Udane 3 x 3km po 3:40! Dobrze jest!

Ten trening dał mi dużo wiary w możliwy dalszy postęp wyników! Jeszcze w lipcu miałem problem z zadanymi jednostkami (nie wyszło mi np. 2 x 4km po 3:45) Na 60 dni do maratonu jest dawka optymizmu! Plan minimum życiówka (poniżej 2:55) , plan realny (poniżej 2:50) plan optymistyczny (okolice 2:45) To na dzień dzisiejszy bo dużo się jeszcze może zmienić i na plus i na minus.

LIPIEC czyli BIEGOWE WAKACJE W LIVIGNO

Lipiec, zgodnie z planem, biegowo okazał się dla mnie przełomowy. Statystycznie wygląda to rewelacyjnie – najlepiej od marca, a biorąc pod uwagę trening uzupełniający najlepiej od… kiedy sięgam pamięcią 🙂 Przebiegłem 380km wychodząc na trening 29 razy. Poza tym 5 razy odwiedziłem siłownię i po wielu miesiącach przerwy w końcu pograłem w tenisa (3x) Wszystko notuję. Przyzwyczaiłem się do tego, lubię to i polecam wszystkim. Można zawsze wrócić do jakiegoś dawnego treningu, porównać przeszłość z teraźniejszością itd.  Co najważniejsze jednak czuję się dobrze, nie jestem przemęczony, zostawiam sobie nadal sporą rezerwę na dokręcenie śruby. Największe obciążenia przede mną. Do docelowego maratonu ponad 2 miesiące (Poznań Maraton 09.10.2016)

Z pewnością duży wpływ na mój udany sportowo miesiąc miał wyjazd na wakacje do Livigno we Włoszech. 12 dni z dojazdem własnym autem, a więc realnie 10 dni treningowych na miejscu. 10 jednostek  biegowych, 3 razy siłownia. Wszystko na wysokości ponad 1800m n.m.p. To było moje pierwsze doświadczenie z treningiem wysokogórskim. Nie biegałem mocno, raczej sporo, ale niezbyt intensywnie z zaledwie 2 akcentami. Mimo to oderwanie od rzeczywistości i obowiązków zrobiło świetną robotę dla mojego ciała i ducha. Mogłem skupić sie tylko na treningu (no i żonie, która dzielnie trenowała ilościowo tak samo jak ja) Po każdym wysiłku miałem czas na porządne rozciąganie, rolowanie, regenerację. Piękne widoki dookoła, ciężkie powietrze – owszem, ale jakże to motywujące. Jestem w górach, trenuję jak zawodowiec! 🙂 Psychicznie też byłem mocny. Wypiłem zaledwie jedno piwo na koniec wyjazdu w ramach nagrody. Organizm odpoczął.

Na jeden z zaplanowanych akcentów (ciekawy trening 30 x 200m z przerwą ok 40sek. plus rozgrzewka i schłodzenie) wybrałem się do pobliskiego St.Moritz, gdzie znajduje się bieżnia lekkoatletyczna. Cudowna alpejska trasa przez szwajcarską przełęcz Bernina a na miejscu wielka niespodzianka. Na bieżni miałem okazję trenować z polską kadrą przygotowującą się do Igrzysk w Rio. Wrażenie niezwykłe, ciężko było się skupić na treningu widząc tylu świetnych sportowców na czele z kandydatem do medalu na 800m – Marcinem Lewandowskim. W tym czasie w St. Moritz trenowali (myślę, że nadal tam są jeszcze) Artur Kozłowski i Henryk Szost. Znalazłem się więc całkiem przypadkowo w samym centrum przygotowań polskich długodystansowców. Warunki w St. Moritz mają naprawdę wyjątkowe! Mam nadzieję, że przekują to na medale w Brazylii.

Po powrocie na niziny niestety nie doczekałem się jakiejś niesamowitej zwyżki formy. Na 3 dzień po powrocie wystartowałem w biegu przełajowym na 5km CityTrail on Tour. Szału nie było. Czas 18:28. Niemniej, czuję, że jestem na fali wznoszącej i co najważniejsze mam głód biegania i podkręcania tempa. Na tym etapie wiosną (na 8 tygodni przed majowym maratonem) byłem już mocno zajechany. Teraz pilnuję by trzymać świeżość, więcej czasu poświęcam aspektom uzupełniającym takim jak rozciąganie i rolowanie. Profilaktyka i więcej umiaru w treningu.

Mimo, że połowę miesiąca urlopowałem, udało się zagrać także 4 koncerty. Było więc bardzo intensywnie, a sierpień zapowiada się jeszcze okazalej. 5 koncertów, mocniejszy trening biegowy plus turniej tenisowy artystów Beskid Cup 2016 w Jaworze. Tenisowo ciężko będzie po raz kolejny ograć Marcina Dańca i spółkę (do gry wraca też triatlonista Robert Rozmus) ale na pewno będzie ciekawie! No i Igrzyska w Rio! Ostatnio czekałem tak chyba na Barcelonę `92 (z powodu polskich piłkarzy) i Atlantę `96! Czasy dziecięcej zajawki sportowej wróciły po 30-tce… Kto by pomyślał… 🙂

 

DSC08294 (1)LivignoDSC08344

DSC08388 (1) St.Moritz

DSC08419Przełęcz Bernina

BIEGOWE REFLEKSJE 34-LATKA

Za mną pierwsza połowa roku 2016 i jednocześnie kolejna cyferka w metryce wieku. Mogę tak naprawdę powiedzieć, że w końcu dojrzałem do biegów długodystansowych. Po moim debiucie w maratonie w wieku 19 lat miałem dwie refleksje. Fajny sport i atmosfera, ale sami starzy ludzie na starcie! No i nie imponowali mi swoimi szczupłymi sylwetkami. Gdzie jakiś biceps? Klata? Same chudziny! Głównie z tego powodu miałem biegowo niemal 10 letnią przerwę, a wolałem odwiedzić siłownię, pograć w piłkę czy tenisa. Dziś wyleczyłem się w chęci imponowania komukolwiek mięśniami. Nadal lubię poćwiczyć, ale obecnie bardziej z ciężarem własnego ciała niż przerzucając żelastwo. Początek roku 2016 to był już naprawdę biegowy trening w dużym poświęceniem. Codziennie. Dużo i mocno. Jak się okazało trochę za mocno.

Osiągnąwszy apogeum formy w marcu (10km w 35:29) potem leciałem po równi pochyłej. Przykurcze mięśniowe, konieczność drastycznej redukcji obciążeń treningowych i rozczarowujące wyniki w półmaratonie w kwietniu (1:21:09) i  w maratonie w maju (2:59:29) Rozczarowujące wobec moich wybujałych, wręcz megalomańskich aspiracji zameldowania się w 2h 30min na mecie maratonu w ciągu 2 lat. Pod koniec maja podczas półmaratonu w Tarnowie Podgórnym miałem okazję zamienić kilka zdań z reprezentantem Polski i zwycięzcą biegu Marcinem Chabowskim, który z niemałym zdziwieniem zapytał. „To 2:30 to tak dla żartu powiedziałeś czy na poważnie?” Odpowiedziałem coś w stylu. „Miało być na poważnie, ale póki co wychodzi z tego niezły żart”

Coż, na pewno dziś jestem bliżej ziemi. Rzeczywistość biegowa wcale nie jest taka sprawiedliwa jak myślałem. Ostry trening nie daje gwarancji postępu. Uświadomiwszy to sobie najpierw mocno straciłem motywację. W czerwcu coś tam trenowałem, ale lekko i niedużo. Miałem za to wiele wyjazdów na koncerty. Duże zmęczenie i mało higieniczy tryb życia.

Lipiec traktuję znów jako pewien przełom. Nie zamierzam się poddawać i wracam do uczciwego treningu by jesienią w maratonie poznańskim poprawić moje zeszłoroczne 2:55. O 2:30 myślę nadal, ale bardziej niż o celu jako o odległym marzeniu, które może kiedyś uda się spełnić. 2 lata? Wątpię. 4 lata. Może… A może i nigdy bo czas leci, człowiek regeneruje się coraz woniej, a lat przybywa. Nadal mam zamiar jednak gonić króliczka! To chyba najważniejsze. Droga ku postępowi daje Ci czasem więcej radości niż sama linia mety. Mówię, że byłem w czerwcu bez formy, a jednak to co już wypracowałem dało mi możliwość zajęcia 3 i 2 miejsca w dwóch lokalnych biegach na 5km. W każdym z nich startowało po kilkaset osób. Po raz pierwszy w życiu poza medalem na mecie dostałem także puchar. To takie małe nagrody, które dają radość, nawet jeśli główny cel jest bardzo odległy a może i nieosiągalny. Tak czy owak wierzę, że przede mną najlepsze miesiące i lata w biegach długodystansowych. Mam zamiar być cierpliwy i konsekwentny. I trochę bardziej pokorny. Czas na mocne treningi i stopniowe opuszczanie strefy komfortu! Za jej granicą kryją się nieznane krainy możliwości, które zamierzam odkrywać! Tego Wam również życzę na lato!

Mezo_BL_22_05

NIE JEST FAJNIE GDY ŚCIANA CIĘ DOPADNIE

Zawsze staram się szukać jasnej strony każdego zdarzenia. Wczorajszy maraton kosztował mnie mnóstwo sił. Mimo, że nie zrobiłem życiówki cierpiałem w nim jak nigdy przedtem. Już na 30km dopadła mnie straszliwa ściana. Tempo z każdym kilometrem leciało na łeb, na szyję. Wytrzymałem jednak do końca, zawalczyłem na finishu  i na pocieszenie złamałem 3 godziny. Wiedziałem, że dałem z siebie wszystko na co było mnie stać. Choć obiektywnie wynik jest porażką, muszę brać pod uwagę to że jeszcze kilka tygodni temu myślałem poważnie, żeby odpuścić ten start. Na treningach nie potrafiłem przebiec kilku kilometrów tempie 4:05/km. Wczoraj trzymałem to tempo do 30km… A potem pięknie cierpiałem… 🙂

Niestety są momenty w treningu kiedy po prostu przychodzi dołek i trzeba go przeczekać. Na pewno należy też wyciągnąć wnioski. W bieganiu nie można pewnych rzeczy zaplanować. Tak naprawdę jestem ”świeżakiem” w tej dziedzinie i teraz dopiero dochodzi do mnie ta brutalna prawda. Nie zamierzam jednak rezygnować i choć dziś wszystko boli jak tylko dojdę do siebie wracam do treningów i latem chcę być jak najmocniejszy. Będę też częściej brał udział w zawodach na 5 i 10km. Cieszę się, bo nie są to tak eksploatujące dystanse jak maraton i można właściwie z tygodnia na tydzień gdzieś startować.  Myślę, że w bieganiu nadal wiele dobrego przede mną!

IMGL6896 IMGL6957 IMGL7056 IMGL7063 IMGL7066 IMGL7164 IMGL7423 IMGL7426 IMGL7429 IMGL7436 IMGL7534

fot. Kamil Nagórek

GDAŃSK MARATON 2016 – FINAL COUNTDOWN

Kryzys kryzysem, ale w niedzielę trzeba biec i zamierzam zrobić to najlepiej jak tylko się da! Na pewno już odbiłem się od dna. Liczę, że za 3 dni nastąpi mocne wybicie górą i wykres mojej formy wróci na ścieżkę wzrostu! Ten miesiąc był naprawdę trudny, szczególnie psychicznie. Musiałem odpuszczać dużo treningów w momencie kiedy zbliżały się najważniejsze zawody. Mój trener Marcin Nagórek tak opisał ten okres na swoim blogu www.nagor.pl

„Kolejny weekend spędzę w Trójmieście, gdzie w ramach rozbiegania pobiegnę kawałek maratonu z Mezo. Tu był mały dramat, który na razie niewiele się poprawił. Jacek wspaniale przetrenował zimę, zaczął sezon od mocnego uderzenia na dyszce (35:29), ale potem przyszedł mega kryzys. Zaatakowało go na kilku frontach – akurat ocieplenie, przesilenie wiosenne, straszliwie pospinane mięśnie i konieczność wdrożenia długich, ciężkich treningów do maratonu. Najgorszy moment. Efekt był taki, że w ciągu ostatniego miesiąca trening praktycznie nie istniał. Jacek biegał tylko luźne rozbiegania, a co parę dni robiliśmy próbę delikatnego akcentu, żeby ocenić, czy coś się zmieniło. Z perspektywy czasu widać, że najlepiej byłoby od razu zrobić tydzień czy nawet dwa wolnego, ale trudno było przewidzieć, że kryzys będzie aż tak głęboki. W efekcie planowane na wiosnę 2:45 musi poczekać. Jeszcze tydzień temu wątpliwe wydawało się nawet złamanie 3 godzin, bo Jacek na rozbieganiach był ledwo żywy. Ostatnie 10 dni to jeszcze krótsze treningi, do tego tylko co drugi dzień… i coś się ruszyło. W niedzielę było nieco lepiej. Dlatego w maratonie w Gdańsku atakujemy razem w tempie mojego rozbiegania, czyli lekko powyżej 4 minut na kilometr i jeśli uda się zrobić jakąkolwiek życiówkę, przyjmiemy to z pocałowaniem w rękę. Potem odpoczynek i dalsza walka, bo Mezo jest mocny i nie pęka”

Tako rzecze trener. Zgadzam się z nim oczywiście, ale to ja muszę podołać niedzielnej misji maratońskiej i ja zdecyduje finalnie o tempie i ostatecznym wyniku. W tym tygodniu biegałem tylko dwa razy – wtorek 50 minut i czwartek 40 minut. Wszystko spokojnie i na luzie. Wiem, że na starcie będę miał dużą ochotę i determinację – głód biegania jest spory. Maraton to jednak równanie wielokrotnie złożone. Jest dużo niepewności. Jeśli pogoda nie przeszkodzi chcę powalczyć o życiówkę na poziomie 2:55. To właściwie plan minimum. Marzenie to złamanie 2:50. Chciałbym zacząć bieg tempem gdzieś pomiędzy tymi wynikami i potem balansować i przechylać szalę w stronę 2:50. Czy to realne? Naprawdę nie wiem. Ostatnie długie wybieganie miałem 24 marca. Nie mam pojęcia jak nogi zachowają się na 30 czy 35km.

Pewne jest jedno. Bardzo się cieszę na ten weekend, bo będzie to definicja tego co kocham czyli MUZYKA, SPORT, MOTYWACJA w czystej postaci. Wszystkich biegaczy oraz kibiców zapraszam już w sobotę gdzie w hali EXPO o godz. 17 będę miał przyjemność dam krótki występ wraz z wokalistką Sarą Pach i Dj`em Skillem. Potem o 17.30 wezmę udział w panelu dyskusyjnym na temat biegania. Dokładny plan imprezy pod linkiem GDAŃSK MARATON – PLAN IMPREZY Wszystkich biegaczy, fanów – serdecznie zapraszam! W niedzielę już walka stricte sportowa. Będzie dobrze! TO MUSI WYJŚĆ – MUSI!

73812-PPO16-33-21-000101-ppo16_01_kkn_20160417_102205_1IMGL9839 (2)12168445_765436796917486_618159316_o

BUNT CIAŁA

mms_20160422_225143Rollin…Rollin…Rollin…

Nie piszę ostatnio zbyt wiele o swoim bieganiu bo nie lubię narzekać. Chyba powinienem jednak podzielić się z Wami tym jak się miewa moja forma. A jest dosyć dramatycznie. Wynik z Poznań Półmaratonu, który był dla mnie mało zadowalający z dzisiejszej perspektywy wydaje się naprawdę całkiem niezły. Po biegu zrobiłem 3 dni zupełnej laby i w czwartek wyszedłem na trening z dużym zapałem. Niestety gasł z każdym kilometrem. Czułem się jakbym biegł z ciężarkami przy kostkach, ponadto ból w piszczelach i prawym kolanie. Przystąpiłem niezwłocznie do rozbijania wszystkich przykurczów. Masaż i codzienne rolowanie. Trener, fizjoterapeuta, żona – torturowali mnie wszyscy z nadzieją rozbicia pospinanych mięśni. W międzyczasie truchtałem po 40 minut dziennie w tempie 5:20/km i gorzej i wcale nie były to dla mnie przyjemne treningi. Naprawdę bałem się czy w niedzielę podczas biegu na 10km w ramach Warsaw Orlen Maratonu  będę w stanie poprowadzić żonę na czas 47minut!!! Taki mały dramacik 🙂 Na szczęście udało się, a dzień później biegało mi się nieco lepiej. Wczoraj spróbowałem zrobić lekki akcent. Miałem biec 12km w tempie ok 4:00/km. Głowa chciała, samopoczucie dobre, ale nogi na urlopie. Po 2-3km pogodziłem się z myślą, że 4:20/km to maksymalne tempo, które mogę utrzymywać. Przy tym oddechowo czułem się bardzo dobrze. Nogi jednak całkiem zbuntowane, jak nie moje…

Dotychczas świetnie dogadywałem się ze swoim ciałem. Dawałem mu trudne zadania do wykonania, ale wszystko w granicach rozsądku. Ciało dźwigało te ciężary, odpoczywało i było znów gotowe do pracy. Teraz zupełnie straciliśmy komunikację. Nic się nie słucha! Woła o wakacje! I naprawdę chętnie był się na nie zgodził, ale… nie teraz! Na dwa i pół tygodnia przed maratonem, który miał być głównym sprawdzianem formy! Póki co zapowiada się piękna katastrofa. O misji 2:30 przestałem nawet myśleć. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że za 2 lata planuje rekord świata w maratonie, bo byłoby to równie realne. Nie znaczy to, że się poddaje, ale obecnie przeżywam nie brak postępu, a jakiś dramatyczny regres, totalną niemoc. Doskonale rozumiem teraz syndrom depresji biegacza. Dotychczas myślałem, że bieganie jest sprawiedliwe i oddaje tyle ile włożysz. Gdyby tak było szykowałbym się z pewnością do ataku na 2:45 w Gdańsku. W tej chwili drżę, żeby w ogóle być w stanie pobiec.

Nie chcę wchodzić w szczegóły powodów tej niedyspozycji. Wiem, że wielu z Was pewnie ma jakieś rady, ale mam wokół siebie dobrych doradców i wiem, że prędzej czy później dojdę do siebie. Póki co fakty są takie, że plan który od listopada do marca realizowałem niemal perfekcyjnie z początkiem kwietnia zupełnie się rozsypał. A moje ostatnie długie wybieganie miało miejsce ponad miesiąc temu. Na 17 dni przed maratonem nie wróży to dobrze, a czasu na nadrobienie czegokolwiek już po prostu nie ma. Wierzę, że moje nogi wrócą z urlopu, a ja robię kolejne 3 dni laby i czekam z nadzieją na trening w poniedziałek. Pocieszające jest to, że zaczynam sezon koncertowy. W niedzielę gramy z zespołem, Kasią Rościńską, Johnem Jamesem i Dj`em Skillem we Wronkach. Zapraszamy! 🙂

 Page 1 of 6  1  2  3  4  5 » ...  Last »