BIEGACZ Z RAKIETĄ – 9 tygodni do Walencja Maraton 2017

PODZIEDZIAŁEK (11.09)

Nadal w nogach miałem niedzielne 25km w łódźkim półmaratonie, więc wieczorem zrobiłem tylko szybką gimnastykę siłową wg Skarżyńskiego z elementami autorskimi czyli pompki, podciąganie na drążku, różne planki, ćwiczenia na brzuch. W sumie dynamicznie i sprawnie – ok 40min.

WTOREK (12.09)

Luźne rozbieganie – 12km po 4:37/km – nogi w coraz lepszym stanie.

ŚRODA (13.09)

Akcent, który bardzo mnie ucieszył. 8km po 4:00/km + przerwa 5’ trucht + 8km po 4:00/km.

Tempo 15km/h było dla mnie komfortowo trudne czyli tak jak być powinno. Gdyby trzeba było mógłby tak lecieć jeszcze całkiem długo. Mocny zastrzyk pozytywnej energii, bo to moje „życiówkowo” tempo maratońskie, a biegane w lesie bez specjalnej świeżości. Dobre samopoczucie po treningu. Po południu masaż u Krzycha Śmichurskiego (fizjoterapiabiagacza.pl) Dla odmiany Krzuchu rozmasował mi plecy (odcinek lędźwiowy) i mimo, że nie bolały mnie wcześniej czułem, że są pospinane dosyć mocno. Pamiętajcie, że bieganie nadwyręża nie tylko nogi!

CZWARTEK (14.09)

Trening siły biegowej z trenerem Marcinem Fehlau’em w Fabryce Formy. 4 ćwiczenia wytrzymałości siłowej wykonywane w sekwencji 4 x 30sek. pracy + 5sek. odpoczynku. Potem porządne, bardzo techniczne przysiady ze sztangą 3 serie po 6 powtórzeń z coraz większym ciężarem. Trochę brzucha, wskoki na skrzynie, balans na BOSU itp. Wieczorem sauna na Termach Maltańskich.

PIĄTEK (15.09)

Cały dzień na kortach w Szczecinie na turnieju artystów. 3 wygrane grupowe mecze kolejno z Leszkiem Malinowskim 6/2, Robertem Janowskim 6/0 i Grzegorzem Poloczkiem 6/4. W tenisa w tym roku poza dwoma turniejami, nie grałem niemal wcale nad czym ubolewam, toteż nie spodziewałem się cudów. Zdecydowałem się jednak grać odważnie i z każdym meczem się rozkręcałem. Tego dnia w biegowym planie miałem 18km spokojnie + 10 x 300m (podbiegi). Ze względu na mecze tenisowe zrobiłem tylko wieczorem 12km spokojnego biegu ulicami Szczecina.

SOBOTA (16.09)

Mecz ćwierćfinałowy turnieju z Radkiem Bieleckim (kabaret Neo-Nówka) wygrany 6/0 i półfinał z Tomkiem Jachimkiem wygrany 6/4 6/2. Oba mecze wyszły mi znakomicie, szczególnie ten z Tomkiem. Wiedziałem, że jeśli tak zagram w finale będzie zwycięstwo. Zaraz po półfinale w auto i ponad 200km na występ do Chodzieży, gdzie zupełnie niespodziewanie zagraliśmy jeden z lepszych koncertów w sezonie. Niewątpliwie miałem dobry humor po wygranych meczach i to było jednym z powodów, ale też publika zrobiła swoje. Dużo młodzieży, głośny doping – było rewelacyjnie! Zaraz po koncercie, autografach i zdjęciach powrót do Szczecina… W planie biegowym było 12km spokojnie – z pełną odpowiedzialnością zdecydowałem się to odpuścić.

NIEDZIELA (17.09)

Finał turnieju z Grzegorzem Poloczkiem na korcie centralnym szczecińskich kortów. Grałem tu już 3 finał, ale dla mnie nadal takie mecze to duże przeżycie. Zaraz po nas w samo południe na tym samym korcie zagrali zawodowcy – wirtuozi tenisa, z ostatecznym zwycięzcą imprezy – Francuzem – Richardem Gasquetem. Nasz mecz stał na nieco słabszym poziomie 😉 ale był całkiem otwarty i nie brakowało w nim ataków do siatki i solidnych wymian. Wygrałem 6/2 6/3, a cały mecz można obejrzeć na yt 😉 https://www.youtube.com/watch?v=lqYWNkDO1K8&feature=youtu.be

W planie biegowym było długie wybieganie i nawet przeszło mi przez myśl, żeby je zrobić gdy po 17 wróciłem do Poznania, ale po konsultacji z trenerem, zdecydowałem się przełożyć je na poniedziałek rano. Wieczorem byłem już bardzo zmęczony i… zadowolony!

PODSUMOWANIE:

Tydzień biegowo zakłócony przez turniej tenisa. Wykonałem tylko 3 treningi biegowe zamiast 5. Dodatkowo 1 trening siły biegowej i 1 gimnastyka siłowa. Kilometraż 41 zamiast 93 (wypadło długie wybieganie 28km i trening w podbiegami 18km Spok + 10 x 300) Czyli wypadło dużo… Ale po pierwsze to był ostatni raz 🙂 a po drugie wciąż mam wielką słabość do tenisa, kocham ten sport, a zaszczyt grania przy imprezie Pekao Szczecin Open to dla mnie duża rzecz. Do maratonu zostało 9 tygodni. Czas skupić się na treningu już tylko i wyłącznie biegowym!

POŚWIĘCENIE – DROGA PRZEZ POZNAŃ DO WALENCJI

„Aby zyskać całkowitą wolność

Trzeba stać się niewolnikiem określonego zbioru praw” Cycero

POŚWIĘCENIE – teledysk – https://www.youtube.com/watch?v=FCLsEPo0pi4

Czym jest dla mnie – ambitnego biegacza-amatora POŚWIĘCENIE? To wcale nie jakaś przykra konieczność! To po prostu realne uświadomienie sobie, że mamy swoje ograniczenia, określoną ilość energii, zasobów i możemy je spożytkować w określony sposób zawsze płacąc za cenę sukcesu w jakieś dziedzinie utratą czegoś w innym obszarze. POŚWIĘCENIE to dla mnie wewnętrzny nakaz, który mówi, że nie możesz mieć wszystkiego (choć świat codziennie krzyczy do Ciebie, że możesz!) ale jeśli skupisz się na czymś co uważasz za wartościowe i sensowne i będziesz działać z zaangażowaniem, masz duże szanse na sukces.

3 lata temu rozpocząłem systematyczny, przemyślany trening biegowy i dziś mam z tego wielką satysfakcję. Po pierwsze poznałem wielu fantastycznych i wartościowych ludzi o podobnych zainteresowaniach. Zszedłem z czasem w maratonie z 3h23min. do 2h48min. i wciąż jestem głodny życiówek, mimo, że po drodze nie brakowało kryzysów i rozczarowań, na czele z tym, że 2h30min. to wynik zupełnie nieosiągalny w najbliższej przyszłości, a pierwotnie celowałem w niego do końca roku 2017.

Jestem jednak zadowolony z siebie, bo podpisałem z samym sobą kontrakt, że niezależnie od tego jaki będzie progres, będę się cały czas starał, ciężko i mądrze trenował i to mi się udaje. Bieganie nauczyło mnie cierpliwości, pokory i konsekwencji, które przydają mi się bardzo w życiu. Moje „małe” poświęcenie jest niczym w porównaniu z zawodowcami stawiającymi wszystko na jedną kartę. Ja cały czas działam aktywnie muzycznie. Z tego się utrzymuję i mam nadal wielką frajdę z występowania na scenie, choć czuję się już artystą w dużym stopniu spełnionym. W bieganiu mam jeszcze coś do udowodnienia niedowiarkom i sobie, choć wiem, że moje predyspozycje wytrzymałościowe są co najwyżej przeciętne. Szczerze, myślałem, że jestem większym talentem i nie będę musiał się tak „poświęcać” dla życiówek 🙂

Premiera teledysku POŚWIĘCENIE to dla mnie dobra okazja do zaproszenia Was do prześledzenia ostatnich 10 tygodni przygotowań do docelowego jesiennego maratonu w Walencji (19.11) z przystankiem na ważny sprawdzian podczas maratonu w Poznaniu (15.10) Na blogu będę zamieszczał co tydzień relacje z przygotowań bardziej szczegółowo niż dotychczas. Będziecie mogli zajrzeć bardziej konkretnie co robię, jak i dlaczego oraz prześledzić jak to znoszę fizycznie i psychicznie. Niebawem kończy mi się sezon koncertowy i zamierzam POŚWIĘCIĆ się bieganiu do czasu jesiennego sprawdzianu na królewskim dystansie. Przede mną 10 tygodni ciężkiej biegowej pracy na pełnej zajawce! Ku rekordom! Bez napinki! C’mon!

 

PODSUMOWANIE WAKACJI i PLANY STARTOWE NA JESIEŃ 2017

Jak zwykle podczas wakacji intensywnie pracowałem i aktywnie wypoczywałem. 11 zagranych koncertów, 610 przebiegniętych kilometrów (lipiec 248 + sierpień 362) 2 tygodnie spędziłem na biegowym wakacjo-obozie w Livigno i St. Moritz, nagrałem w Szklarskiej Porębie teledysk do numeru POŚWIĘCENIE (premiera w połowie września) Sezon koncertowy dobiega końca, jestem gotowy przełożyć zwrotnicę na biegowe tory jako priorytet najbliższych 2 miesięcy!

W lipcu zaliczyłem jeden ważny start, który okazał się dla mnie rozczarowaniem. Maniacka Nocna Piątka, gdzie chciałem zbliżyć się do życiówki (17:29) tylko w 17:56. Trzymałem się do 3km po 3:35/km i zamierzałem przyspieszyć. Niestety zwolniłem… Zabrakło błysku, walki do upadłego, mimo, że w tym czasie byłem wypoczęty i zregenerowany. To było lipcowe niepowodzenie.

Od tego czasu zaczęliśmy wydłużać dystans, skupiając się na pracy nad wytrzymałością. W miesiąc z okładem zaliczyłem treningowo 4 półmaratony. Ruda Śląska (29.07), Aleksandrów Łódzki (16.08), Jakuszyce (26.08), Piła (03.09). Wszystko bardziej na tętno niż tempo starając się nie przekraczać 160 BPM. Czyli wszystko… W TLENIE. Szczególnie zapamiętam bieg na Polanie Jakuszyckiej. Letni Bieg Piastów to był mój debiut w górskim biegu i choć trasa była relatywnie łatwa, stromy, leśny odcinek między 12-15km zostawił swój ślad w moich udach do dziś.

Pierwszą połowę sierpnia spędziłem w Alpach, robiąc spory kilometraż (1 tydzień – 117km i 2 tydzień 113km) we włoskim Livigno i szwajcarskim St. Moritz. Bieganie na poziomie 1800 n.p.m. jest wyzwaniem dla organizmu, ale okoliczności przyrody rekompensują wszelkie niedogodności. Na miejscu spotkałem się z liczną ekipą Fehlau Run Team i 2 długie, wymagające treningi w 2 zakresie, zrobiliśmy wspólnie. Przez cały czas obozu czułem się bardzo dobrze, zero przemęczenia i oznak przetrenowania. Skupiałem się tylko na bieganiu i wypoczynku. Doskonałe wakacje.

Pochwalę się także, że zaliczyłem piękną passę 44 dni bez alkoholu. W lipcu i sierpniu z pewnością nigdy za czasów pełnoletniości mi się to nie zdarzyło. Złamałem się dopiero na powitalnym bankiecie na tenisowym turnieju artystów w Jaworzu. W otoczeniu sportowców potrafię nie pić, wśród artystów to niewykonalne. Zbyt duża presja :). W turnieju swoją drogą zająłem 3 miejsce przez 6 dni odpoczywając od biegania zupełnie.

Druga połowa sierpnia do sporo koncertowania i 2 dni kręcenia teledysku w Szklarskiej Porębie. Z premierą POŚWIĘCENIA wiążę duże nadzieje, ponieważ nakręciliśmy naprawdę piękne zdjęcia na szczycie Szrenicy, stadionie lekkoatletycznym czy słynnym zakręcie śmierci. Myślę, że Szklarską będę także regularnie odwiedzał podczas przygotowań do ważnych zawodów.

Wraz z początkiem września mijają 3 miesiące odkąd trenuję z Marcinem Fehlau’em. Cały czas się poznajemy i docieramy, ale treningowo na pewno jest do dla mnie spora zmiana. Trenuję inaczej, większą uwagę skupiam na pracy nad wytrzymałością, biegam mimo to relatywnie mało jeśli chodzi o kilometraż. Dużą nowością są dla mnie treningi siły biegowej na sali. Cieszę się, że robię ćwiczenia specyficzne przeznaczone dla biegaczy. Nie dźwigam dużych obciążeń, tylko ćwiczę siłową wytrzymałość (mały ciężar – długa praca) Liczę, że te treningi zaowocują w przyszłości. Czego mi trochę brakuję i myślę, że Marcin się nie obrazi z tego powodu, to trochę komunikatywności i więcej informacji zwrotnej. Być może brakuję mi tego, ponieważ z moim poprzednim trenerem Marcinem Nagórkiem potrafiliśmy godzinami omawiać poszczególne starty, analizować wszystko bardzo szczegółowo. W Fehlau Teamie dostaję bardziej wojskowe wytyczne. Oto plan – wykonać! Przyzwyczaiłem się już trochę do tego surowego stylu i robię swoje jak potrafię!

Na koniec najważniejsze – co dalej? Kiedy i gdzie startuję tej jesieni docelowo? Pewnie trochę Was zaskoczę, ale zdecydowaliśmy się z trenerem wydłużyć mi nieco sezon i spokojnie przygotować się pod docelowy start w maratonie… 19 listopada w Walencji. Dlaczego Walencja? To, że słoneczna Hiszpania i piękne miasto nie jest bez znaczenia, ale głównym powodem jest optymalny dla mnie termin i szybka trasa. Do połowy września mam nadal sporo wyjazdów, koncertów. Październik za to będę miał luźniejszy i chcę się wtedy skupić na przygotowaniu, najcięższych treningach i regeneracji między nimi. Jako lokalny patriota nie widzę jednak możliwości, żebym nie pojawił się 15 października na poznańskim maratonie, dlatego zdecydowaliśmy, że tego dnia zrobię sprawdzian na dystansie połówki. Zejdę z trasy na 21, 095km, ale do tego miejsca będę cisnął maksa i na 5 tygodni przed maratonem w Walencji będę miał pojęcie, gdzie jestem i na co mogę liczyć. A dziś moje „chciejstwo” i „plany teoretyczne” to minimum życiówka czyli 2:48 (tempo po 4:00/km), maksimum 2:42 (tempo po 3:50/km) A może prawda leży pośrodku? (2:45 – tempo 3:55/km) W każdym razie nie składam broni. Walczę do końca roku o jak najlepszy wynik w maratonie, a potem zastanowię się co dalej?! Vamos!

Szwajcarskie Alpy

Spoglądając z nadzieją w przyszłość! 🙂

Gościnna Norweska Dolina w Szklarskiej Porębie

 Nowy Tomyśl 19.08 – jeden z lepszych koncertów tego sezonu

Praca zespołowa w Fehlau Run Team

CZERWIEC W ROZJAZDACH i NADZIEJA NA SKOK DO PRZODU

Czerwiec to dla mnie zazwyczaj najintensywniejszy miesiąc w roku. Nie inaczej było i tym razem. Zagrałem 9 koncertów w całej Polsce od Pelplina (wraz z wycieczką do Sopotu) na północy do Pieńska na południowym zachodzie, kończąc urodzinowym koncertem 1 lipca w Bełchatowie. Jako kibic wybrałem się na mecz eliminacji MŚ w piłce nożnej Polska-Rumunia do Warszawy, a na początku lipca spełniłem swoje wielkie marzenia o wyprawie na tenisowy Wimbledon do Londynu. Wiele męczących podróży, nieprzespanych nocy – norma.

Na tym tle treningowo wypadłem stabilnie. Nie biegałem za dużo (niecałe 300km) – zaliczyłem kilka ciekawych akcentów, a 2 lipca poleciałem pierwszy raz od prawie 3 miesięcy na maksa w biegu na 5km w Suchym Lesie. Czas 18:07 daleki od życiówki (17:29) ale wysokie 3 miejsce OPEN. Nowością były dla mnie regularne treningi siły biegowej na sali co najmniej raz w tygodniu. Poza tym uczę się biegać z pulsometrem, czego wcześniej nie robiłem. Z badań wydolnościowych wyszło mi, że mój bieg „czysto” tlenowy kończy się przy 160 uderzeniach serca na minutę, a w „beztlen” wchodzę przy 177 BPM. Tętno maksymalne sprawdziłem w biegu na 5km i podczas finishu wycisnąłem 190 BPM. Nie traktuję tętna jako wyroczni i nie skupiam się na nim jakoś szczególnie, ale jest to dla mnie wskazówka, którą dotychczas w treningu pomijałem niemal zupełnie.

Mimo, że nie trenowałem zbyt intensywnie czuję ogólne zmęczenie duża liczbą wyjazdów. Lipiec pod tym względem będzie nieco spokojniejszy i mam nadzieję, że złapię wiatr w żagle. Aktualna forma jest stabilna, ale niezbyt wysoka.  Mam zamiar podbijać ją z tygodnia na tydzień, a pierwszym ważnym sprawdzianem będzie Nocna Maniacka Piątka – 21 lipca w Poznaniu. W międzyczasie polecę kontrolnie 5km w Kleosinie, gdzie gram koncert 8 lipca, a potem 2 tygodnie uczciwego treningu.

Na koniec lipca szykuję wakacje, ale podobnie jak w zeszłym roku będzie to bardziej obóz treningowy niż wylegiwanie się. Jadę na kilkanaście dni do Livigno we Włoszech i St. Moritz w Szwajcarii. Sprawdzone, piękne miejsca, gdzie można oczyścić umysł, odetchnąć, ale i solidnie potrenować na wysokości ponad 1800m n.p.m.

Mam nadzieję, że pomimo wakacyjnego, z reguły leniwego okresu, także nie pozwalacie dobrej kondycji odpłynąć zbyt daleko i Wasza krzywa formy szuka wybicia górą! 🙂

 

 

Koźmin Wlkp – chyba najlepszy koncert w czerwcu – pozdrawiam ekipę Koźmin Biega!

Bełchatów – urodzinowy koncert – 35 lat – wiek MASTERS’a! 🙂

 Siła biegowa z coachem Marcinem Fahlau’em – na co stać ten duet? 🙂

Polska – Rumunia czyli 3 x Lewandowski i 3:1

 

Spełniony sen o Wimbledonie!

Koszulka biegowa – Muzyka, Sport, Motywacja – zamówienia: jacek.mejer@gmail.com

 

 

POŻEGNANIE Z JACKIEM DANIELSEM?

Kilka tygodni temu po powrocie z Nowego Jorku, gdzie Polonia była bardzo gościnna (szczegóły w poprzednim poście) postanowiłem nałożyć sobie „limity alkoholowe”, dzięki którym zachowam większą higienę życia i będę lepszym biegaczem. Prosta zasada. Piję maksymalnie raz w tygodniu. Winko na pół z żoną. Wyjątkami są dni koncertowe, kiedy mogę wypić jedno wino lub 3 piwa lub 4 drinki. Jak widać limity nie są specjalnie drastyczne, tym bardziej, że koncertów mam sporo… Ale jednak są 🙂

Pierwszy treningowy tydzień po „okresie przejściowym” (zmiana trenera i ustawienie nowego planu współpracy) mijał mi niemal perfekcyjnie. Zaliczyłem 2 dobre akcenty (8 x 5’ po 3:40 na 3 minutach przerwy we wtorek i podbiegi 10 x 200 w piątek) 2 razy ćwiczyłem siłę biegową na sali, na rozbieganiach czułem się swobodnie i lekko przy prędkościach 4:30/km, wysypiałem się, byłem na saunie i masażu – git! Sobotę miałem wolną ponieważ grałem aż 2 koncerty. Najpierw z zespołem w Witkowie koło Gniezna o godz. 19, potem szybki przejazd ponad 300km i drugi koncert z Dj’em Skillem przed północą w Kłobucku koło Częstochowy.

Wszystko szło dobrze i planowo, a w niedzielę zamierzałem wziąć udział w zawodach przełajowych na 8,5km w Skorzęcinie pod Poznaniem. Chciałem pobiec dosyć mocno – tempem ok 3:50/km. W sobotę trzymałem więc fason, dobrze jadłem, unikając serników i innych pyszności, które mieliśmy wyłożone w garderobie. Dla lepszego nastroju sączyłem sobie tylko winko czerwone, wytrwane w niewielkich ilościach. Na drugi koncert dotarliśmy ok 23 i okazało się, że jest małe opóźnienie i jeszcze trochę poczekamy do występu.

Kończyłem swoje ustawowe wino, gdy organizator doniósł szlafkę Jacka Danielsa. To co? Po małym? 🙂 Grzecznie odmówiłem. Wtedy Dj Skill, którego mianowałem moim „kuratorem” i „strażnikiem limitów alkoholowych” tym razem pokazał ludzką twarz. „Przecież gramy dziś 2 koncerty więc limity są także x 2, co?” Ten bardzo logiczny wniosek przemówił do mnie i po chwili uśmiechnięty popijałem już mojego ulubionego Jacka Danielsa.

Czas przyspieszył. Zaliczyliśmy energiczny występ po czym kontynuowaliśmy degustację trunków. Poszliśmy spać o 2.30 by przebudzić się przed 6.00… Dramat. Kaca jeszcze nie było, bo minęło zbyt mało czasu, ale czułem, że bieg, który mam za 3h będzie klęską. Dojechaliśmy na start o 9.30 pokonawszy powrotne 300km i ruszyliśmy. Ja i mój „kurator” – Dj Skill. Lecieliśmy tempem 4:50/km co dla Skilla jest tempem średnio-wymagającym. Dla mnie powinien to być truchcik, ale wcale nie był. Czułem na żołądku trawiony alkohol, zaczynała boleć mnie głowa – dolecieliśmy jakoś do mety, odebraliśmy medale, zjedliśmy po drożdżówce i wróciliśmy do domu. Dzień był stracony. Co gorsza zacząłem mieć wyrzuty sumienia. Po co trenuje ciężko cały tydzień, by rozwalać wszystko w weekend?

Jestem daleki od dramatyzowania, ale skłoniło mnie to do postanowienia, którego kuratorem, będzie nie tylko pobłażliwy Dj Skill. Żegnam się na jakiś czas z mocnymi alkoholami. Żegnam się z Jackiem Danielsem. Moje biegowe cele są dla mnie ważniejsze. Nie rezygnuję całkiem z alkoholu, ale to ma być tylko miłe podbicie nastroju i przyjemność, a mocne alkohole zabierają mi za dużo energii na drugi dzień. Przyda się lekka Asceza Meza, jeśli mam iść naprzód w wynikach sportowych. Trzmajcie kciuki! Wasze zdrowie czerwonym-wytrawnym! 🙂

Dwa koncerty jednego dnia to zawsze adrenalina…

Witkowo – pierwszy koncert o 19

Lecimy 300km za Częstochowę

 

Kłobuck po północy – drugi występ

Na dużym kacu ruszamy na 8,5km przełaju. Dobra mina do złej gry!

 

ROZTRENOWANIE PO BANDZIE I TRUDNE DECYZJE czyli PODSUMOWANIE MAJA 2017

Wiosna nie sprzyja dyscyplinie. Nie wiem czy też tak macie, ale mi trudniej zachować rytm, regularność i umiar gdy za oknem więcej słońca i ciepła. Maj był właśnie taki: chciałem mocno potrenować mimo wielu wyjazdów, trzymać fason w jedzeniu i piciu i być mocny w swych postanowieniach – niestety zupełnie się to nie udało. Skłoniło mnie to do dosyć radykalnych decyzji.

Początek miesiąca to regularny i mocny trening. Niestety akcenty były na tyle ambitne, że zazwyczaj nie udawało mi się ich wykonać tak jak chciałem, co nieco mnie frustrowało. Akcenty typu dwa odcinki 3km po 3:30/km przedzielone 4 x 500m po 3:10/km. 500tki szły dobrze, ale dłuższe bieganie niby niezbyt szybkie, ale mnie zamulało. Potem nieudane podejście do 20 x 400m po 1:16 i mimo woli walki nie dawałem rady. Ratunkiem mentalnym miał być dla mnie wyjazd od Nowego Jorku. Miałem normalnie trenować. 8 jednostek w 10 dni. Po 3 dniach odpuściłem. Jet lag, brak snu, gościnnośc polonii i napięty plan zwiedzania i muzycznych warsztatów wystarczyły bym powiedział sobie w duchu „To nie ma sensu. Tydzień przerwy”

No i poleciałem ostro. Myślę, że spożywałem dziennie z 8 tyś kalorii w amerykańskich pączkach donats, ulubionych ciastkach reese’s, steakach i innych tłustych daniach popijanych dużą ilością piwa, wódki belvedere i Jacka Daniela. Nie ukrywam było przyjemnie, ale powróciłem do domu + 4kg i z kiepskim samopoczuciem. Pierwsze przemyśleniach po powrocie – „chłopie – chyba zrobiłeś już w tym bieganiu swoje – 2:48 w maratonie to twój max – biegaj sobie dalej, ale odpuść życiówki”

Długo biłem się z myślami co dalej, tym bardziej, że miałem przed sobą sezon koncertów. 25 występów w ciągu 4 miesięcy. Jak utrzymać motywację i dalej biegać ambitnie i z chęcią poprawiana wyników? Po pierwsze musiałem wrócić do rytmu i dyscypliny treningowo-dietetyczno-wagowej. To w ciągu 2 tygodni mi się udało. Zrzuciłem 3 z 4 kilogramów z wyprawy do USA i poczułem się znacznie lepiej. Potrzebowałem jednak czegoś więcej, jakiegoś nowego bodźca, który pchnie mnie to przodu.

Postanowiłem zakończyć współpracę z trenerem Marcinem Nagórkiem. Było to bardzo trudne, ponieważ po 2,5 roku wspólnego trenowania staliśmy się dobrymi kumplami. Wiele mu zawdzięczam i bardzo mu dziękuję. To on zaraził mnie pasją do biegania i sprawił, że z przeciętnego biegacza-celebryty z życiówką 3:30 w maratonie stałem się walecznym maratończykiem z rekordem 2:48 na królewskim dystansie. Z Marcinem przegadaliśmy setki godzin o treningu, giełdzie (obaj lekko spekulujemy na GPW) i życiu. Życzę każdemu takiego trenera i kolegi.

Ja osobiście zaczynam nowy biegowy rozdział. Nie chcę biegać spacerowym tempem – chcę progresu, walki, poświęcenia i zamierzam go osiągnąć, dzięki swojej sile woli, mocnemu treningowi i nowemu trenerowi. Jest nim najlepszy poznański maratończyk i czołowy biegacz długodystansowy w Polsce – Marcin Fehlau. Dzięki temu, że mieszkamy w jednym mieście będziemy mogli współpracować trenując od czasu do czasu wspólnie, co jest dla mnie nową jakością. Obiecuję sobie wiele i mam nadzieję jeszcze w tym roku na jesień powalczyć o okolice 2:40 w maratonie. Zaczynamy! Co ma być to będzie! Wierzę, że będzie dobrze!

 Page 1 of 9  1  2  3  4  5 » ...  Last »