POŻEGNANIE Z JACKIEM DANIELSEM?

Kilka tygodni temu po powrocie z Nowego Jorku, gdzie Polonia była bardzo gościnna (szczegóły w poprzednim poście) postanowiłem nałożyć sobie „limity alkoholowe”, dzięki którym zachowam większą higienę życia i będę lepszym biegaczem. Prosta zasada. Piję maksymalnie raz w tygodniu. Winko na pół z żoną. Wyjątkami są dni koncertowe, kiedy mogę wypić jedno wino lub 3 piwa lub 4 drinki. Jak widać limity nie są specjalnie drastyczne, tym bardziej, że koncertów mam sporo… Ale jednak są 🙂

Pierwszy treningowy tydzień po „okresie przejściowym” (zmiana trenera i ustawienie nowego planu współpracy) mijał mi niemal perfekcyjnie. Zaliczyłem 2 dobre akcenty (8 x 5’ po 3:40 na 3 minutach przerwy we wtorek i podbiegi 10 x 200 w piątek) 2 razy ćwiczyłem siłę biegową na sali, na rozbieganiach czułem się swobodnie i lekko przy prędkościach 4:30/km, wysypiałem się, byłem na saunie i masażu – git! Sobotę miałem wolną ponieważ grałem aż 2 koncerty. Najpierw z zespołem w Witkowie koło Gniezna o godz. 19, potem szybki przejazd ponad 300km i drugi koncert z Dj’em Skillem przed północą w Kłobucku koło Częstochowy.

Wszystko szło dobrze i planowo, a w niedzielę zamierzałem wziąć udział w zawodach przełajowych na 8,5km w Skorzęcinie pod Poznaniem. Chciałem pobiec dosyć mocno – tempem ok 3:50/km. W sobotę trzymałem więc fason, dobrze jadłem, unikając serników i innych pyszności, które mieliśmy wyłożone w garderobie. Dla lepszego nastroju sączyłem sobie tylko winko czerwone, wytrwane w niewielkich ilościach. Na drugi koncert dotarliśmy ok 23 i okazało się, że jest małe opóźnienie i jeszcze trochę poczekamy do występu.

Kończyłem swoje ustawowe wino, gdy organizator doniósł szlafkę Jacka Danielsa. To co? Po małym? 🙂 Grzecznie odmówiłem. Wtedy Dj Skill, którego mianowałem moim „kuratorem” i „strażnikiem limitów alkoholowych” tym razem pokazał ludzką twarz. „Przecież gramy dziś 2 koncerty więc limity są także x 2, co?” Ten bardzo logiczny wniosek przemówił do mnie i po chwili uśmiechnięty popijałem już mojego ulubionego Jacka Danielsa.

Czas przyspieszył. Zaliczyliśmy energiczny występ po czym kontynuowaliśmy degustację trunków. Poszliśmy spać o 2.30 by przebudzić się przed 6.00… Dramat. Kaca jeszcze nie było, bo minęło zbyt mało czasu, ale czułem, że bieg, który mam za 3h będzie klęską. Dojechaliśmy na start o 9.30 pokonawszy powrotne 300km i ruszyliśmy. Ja i mój „kurator” – Dj Skill. Lecieliśmy tempem 4:50/km co dla Skilla jest tempem średnio-wymagającym. Dla mnie powinien to być truchcik, ale wcale nie był. Czułem na żołądku trawiony alkohol, zaczynała boleć mnie głowa – dolecieliśmy jakoś do mety, odebraliśmy medale, zjedliśmy po drożdżówce i wróciliśmy do domu. Dzień był stracony. Co gorsza zacząłem mieć wyrzuty sumienia. Po co trenuje ciężko cały tydzień, by rozwalać wszystko w weekend?

Jestem daleki od dramatyzowania, ale skłoniło mnie to do postanowienia, którego kuratorem, będzie nie tylko pobłażliwy Dj Skill. Żegnam się na jakiś czas z mocnymi alkoholami. Żegnam się z Jackiem Danielsem. Moje biegowe cele są dla mnie ważniejsze. Nie rezygnuję całkiem z alkoholu, ale to ma być tylko miłe podbicie nastroju i przyjemność, a mocne alkohole zabierają mi za dużo energii na drugi dzień. Przyda się lekka Asceza Meza, jeśli mam iść naprzód w wynikach sportowych. Trzmajcie kciuki! Wasze zdrowie czerwonym-wytrawnym! 🙂

Dwa koncerty jednego dnia to zawsze adrenalina…

Witkowo – pierwszy koncert o 19

Lecimy 300km za Częstochowę

 

Kłobuck po północy – drugi występ

Na dużym kacu ruszamy na 8,5km przełaju. Dobra mina do złej gry!

 

ROZTRENOWANIE PO BANDZIE I TRUDNE DECYZJE czyli PODSUMOWANIE MAJA 2017

Wiosna nie sprzyja dyscyplinie. Nie wiem czy też tak macie, ale mi trudniej zachować rytm, regularność i umiar gdy za oknem więcej słońca i ciepła. Maj był właśnie taki: chciałem mocno potrenować mimo wielu wyjazdów, trzymać fason w jedzeniu i piciu i być mocny w swych postanowieniach – niestety zupełnie się to nie udało. Skłoniło mnie to do dosyć radykalnych decyzji.

Początek miesiąca to regularny i mocny trening. Niestety akcenty były na tyle ambitne, że zazwyczaj nie udawało mi się ich wykonać tak jak chciałem, co nieco mnie frustrowało. Akcenty typu dwa odcinki 3km po 3:30/km przedzielone 4 x 500m po 3:10/km. 500tki szły dobrze, ale dłuższe bieganie niby niezbyt szybkie, ale mnie zamulało. Potem nieudane podejście do 20 x 400m po 1:16 i mimo woli walki nie dawałem rady. Ratunkiem mentalnym miał być dla mnie wyjazd od Nowego Jorku. Miałem normalnie trenować. 8 jednostek w 10 dni. Po 3 dniach odpuściłem. Jet lag, brak snu, gościnnośc polonii i napięty plan zwiedzania i muzycznych warsztatów wystarczyły bym powiedział sobie w duchu „To nie ma sensu. Tydzień przerwy”

No i poleciałem ostro. Myślę, że spożywałem dziennie z 8 tyś kalorii w amerykańskich pączkach donats, ulubionych ciastkach reese’s, steakach i innych tłustych daniach popijanych dużą ilością piwa, wódki belvedere i Jacka Daniela. Nie ukrywam było przyjemnie, ale powróciłem do domu + 4kg i z kiepskim samopoczuciem. Pierwsze przemyśleniach po powrocie – „chłopie – chyba zrobiłeś już w tym bieganiu swoje – 2:48 w maratonie to twój max – biegaj sobie dalej, ale odpuść życiówki”

Długo biłem się z myślami co dalej, tym bardziej, że miałem przed sobą sezon koncertów. 25 występów w ciągu 4 miesięcy. Jak utrzymać motywację i dalej biegać ambitnie i z chęcią poprawiana wyników? Po pierwsze musiałem wrócić do rytmu i dyscypliny treningowo-dietetyczno-wagowej. To w ciągu 2 tygodni mi się udało. Zrzuciłem 3 z 4 kilogramów z wyprawy do USA i poczułem się znacznie lepiej. Potrzebowałem jednak czegoś więcej, jakiegoś nowego bodźca, który pchnie mnie to przodu.

Postanowiłem zakończyć współpracę z trenerem Marcinem Nagórkiem. Było to bardzo trudne, ponieważ po 2,5 roku wspólnego trenowania staliśmy się dobrymi kumplami. Wiele mu zawdzięczam i bardzo mu dziękuję. To on zaraził mnie pasją do biegania i sprawił, że z przeciętnego biegacza-celebryty z życiówką 3:30 w maratonie stałem się walecznym maratończykiem z rekordem 2:48 na królewskim dystansie. Z Marcinem przegadaliśmy setki godzin o treningu, giełdzie (obaj lekko spekulujemy na GPW) i życiu. Życzę każdemu takiego trenera i kolegi.

Ja osobiście zaczynam nowy biegowy rozdział. Nie chcę biegać spacerowym tempem – chcę progresu, walki, poświęcenia i zamierzam go osiągnąć, dzięki swojej sile woli, mocnemu treningowi i nowemu trenerowi. Jest nim najlepszy poznański maratończyk i czołowy biegacz długodystansowy w Polsce – Marcin Fehlau. Dzięki temu, że mieszkamy w jednym mieście będziemy mogli współpracować trenując od czasu do czasu wspólnie, co jest dla mnie nową jakością. Obiecuję sobie wiele i mam nadzieję jeszcze w tym roku na jesień powalczyć o okolice 2:40 w maratonie. Zaczynamy! Co ma być to będzie! Wierzę, że będzie dobrze!

GÓWNO MNIE OBCHODZI TWÓJ TRENING!

Muszę podzielić się z Wami tragikomicznym wydarzeniem jakie miało miejsce dziś podczas mojego porannego treningu. Myślę, że to problem wielu biegaczy-amatorów i może będzie przyczynkiem do większej dyskusji.

Otóż aby odmulić się po maratonie dziś miałem pierwszy akcent szybkościowy czyli główną częścią treningu było 15 odcinków po 200m z przerwą 200m w truchcie. Taki trening precyzyjnie da się zrobić tylko na bieżni lekkoatletycznej, gdzie mogę biegać 200-tki od linii do linii. Toteż pojechałem na kultowy stadion Olimpii na poznański Golęcin, gdzie zresztą trenuję dosyć często.

Zrobiłem rozgrzewkę po zewnętrznym torze, trochę się porozciągałem i ruszyłem z dwusetkami. Po pierwszym odcinku drogę zaszedł mi starszy pan, który jak mniemam nadzorował trening swojej podopiecznej i wykrzyknął w moją stronę coś w tylu „Już mi won z pierwszego toru!” W sekundę się we mnie zagotowało i odkrzyknąłem tylko „Bo co?!” i poleciałem dalej. Starszy pan zagotował się jeszcze bardziej i na następnym okrążeniu znów zaszedł mi drogę. Zatrzymałem się i zaczęliśmy wymianę „uprzejmości”

Żeby było jasne, znam ogólne zasady korzystania z bieżni, takie jak ustępowanie szybszemu biegaczowi, który biegnie po wewnętrznym torze. Rozumiem także, że warto „oszczędzać” pierwszy tor i podczas rozgrzewki, schłodzenia czy wtedy kiedy nie zależy nam na dokładnym odmierzeniu dystansu biegamy po torach zewnętrznych. Pech chciał, że dziś miałem 200-tki, które chciałem mieć dokładnie odmierzone. Próbowałem to tłumaczyć starszemu panu-trenerowi, ale w odpowiedzi usłyszałem tylko, że „pierwszy tor jest za zawodowców” i tytułowe „gówno mnie obchodzi twój trening!” Odpowiedziałem mu podobną ripostą i biegałem nadal swoje 200-tki po pierwszym torze, schodząc na drugi tor na odcinkach truchtu.

Wtedy starszy pan-trener wezwał ochroniarza. Porozmawiałem z nim grzecznie, ale byłem już dosyć wkurzony i poczułem się jak Rosa Parks, walcząca o prawa amatorów biegania. Uznałem prawo do „oszczędzania” pierwszego toru, ale „na Boga” moje 15 dwusetek po pierwszym torze to 8 minut z całej godziny treningu. Czy to naprawdę taki problem? Biegałem nadal po pierwszym, aż po 3-4 minutach na stadion wjechała 2 osobowa „grupa interwencyjna” na melexie. Panowie byli bardzo uprzejmi, muszę przyznać, ale ja również uprzejmie przekonywałem, że stadion to miejsce publiczne dla obywateli i nie uważam, że amatorzy powinny być gorzej traktowani niż zawodowcy. Stadion lekkoatletyczny jest wg mnie właśnie po to aby móc potrenować precyzyjnie krótkie odcinki, a te mierzy się po pierwszym torze. Powiedziałem, że mogą mi wlepić mandat lub wezwać policję, ale ja mam zamiar dokończyć swój trening. Panowie się oddalili i nie przeszkadzali mi już w treningu.

Niby nic się nie stało, ale niesmak pozostał. Uważam, że to absurd zakazywać biegania po pierwszym torze. Nie wiem czy mieliście podobne doświadczenia w swoich treningach, ale naprawdę wolałbym bez takich kłótni i nerwów trenować na moim ulubionym jeszcze z dzieciństwa stadionie.

Nawet w St. Moritz, gdy trenowałem na tym samym obiekcie i w tym samym czasie co kadra polskich lekkoatletów nikt nie wyrzucał mnie z pierwszego toru!

KIEPSKI MATEMATYK czyli dlaczego nie zrobiłem ŻYCIÓWKI w Gdańsk Maratonie!

Choć mój maratoński dramat rozegrał się w okolicach stadionu Lechii Gdańsk, najlepszą alegorię mojego stanu ducha odnalazłem w wyniku wieczornego meczu Lech Poznań – Legia Warszawa. Podobnie jak piłkarze z mojego rodzinnego miasta rozegrałem tego dnia niezłe zawody, podobnie jak oni walczyłem do końca i… podobnie jak oni poległem w samej końcówce. I podobnie jak oni nie zamierzam się poddawać…

Wiedziałem, że jestem przygotowany na życiówkę. 2:48:32 to był mój maratoński czas odniesienia i plan minimum. Po przebudzeniu czułem się dobrze, lekki niepokój, ale pozytywne nastawienie. Pogoda optymalna. 10 stopni ciepła i zachmurzone niebo. Wiatr był jedynym czynnikiem ryzyka, ale brałem go pod uwagę. Na rozgrzewce czułem się świetnie. Wyruszyłem na trasę jak w długą górską wycieczkę, z respektem dla szorstkiej natury maratonu, ale z dużą wiarą w sukces.

Początek czyli koncentracja, respekt, bojowy nastrój i luźno do przodu! fot. Kamil Nagórek

Do 25km prowadził i dyktował mi tempo kolega Kuba z Poznania. Czułem swobodę, lecieliśmy równo, kilometry mijały szybko i sprawnie. Pierwsza piątka 19:53, druga 19:37. Średnia 3:57/km czyli konsekwentne podgryzanie życiówki na poziomie tempa 4:00/km. Na 10km mieliśmy 30 sekund przewagi. Plan zakładał dalsze trzymanie tego tempa i robienie zapasu, a w planie idealnym mocniejsze depnięcie po 30 kilometrze!

Chwila dla fotoreportera! fot. Kamil Nagórek

Druga dyszka podobnie. Kuba prowadził bardzo dobrze, konsultowaliśmy wszystkie ruchy, pełna kontrola. Przykleiło nam się do pleców kilku chłopaków i cichaczem korzystali z pracy pacemakera, sami niewiele się wychylając 🙂 Na 20km czas 1:19:07. Już prawie minuta przewagi nad tempem życiówki. W tym momencie byłem jej pewien tak na 99%. Bardziej myślałem kiedy zacząć przyspieszać, ale wiedziałem, że to jeszcze nie czas. Czułem się bardzo dobrze. Połówka w 1:23:29

 20km – nadal doskonałe nastroje! fot. Kamil Nagórek

Kolejne kilometry nadal konsekwentnie i planowo. Na 25km Kuba zszedł z trasy, a zastąpił go mój trener Marcin Nagórek. Kilka kilometrów potrzebował, żeby wejść w nasz rytm. Biegliśmy w tym czasie pod wiatr, tempo delikatnie spadło. Na 30km czas 1:58:54. Minuta zapasu. Zaczyna się maraton…

Tu zaczynałem odczuwać trudy biegu. Nie było mowy o jakiejkolwiek ścianie, ale zaczynałem się nieco wkurzać licznymi zakrętami w parku, szutrem, wiatrem, czułem, że tracę ochotę do żartów i konwersacji. Następne 5km zrobiliśmy w 20:14. Zapas do życiówki zmalał do 45 sekund, ale nadal nie brałem pod uwagę, że możemy jej nie dowieść. Pogodziłem się z myślą, że nie przyspieszę już. Nie zamierzałem jednak zwalniać.

Marcin mobilizował do wysiłku. Starałem się jak mogłem, ale na każdym kilometrze nieco traciliśmy. 36km – 4:07, 37km – 4:06, 38km – 4:08, 39km – 4:10, 40km – 4:14, 41km – 4:12.

Końcówka – walka na całego i cierpienie! fot. Kamil Nagórek

Życiówka uciekała! Jesteśmy już 12 sekund w niedoczasie! Przyspieszenie było konieczne! Leciałem już naprawdę ostatkiem sił. Słyszałem mobilizujące okrzyki kibiców, walczyłem, wiatr nie pomagał i dawał mocno w twarz. Trener powiedział wtedy coś co zapamiętałem. „Jesteś na styku życiówki, pomyśl jaki będziesz wkurwiony jak ucieknie ci na ostatnim kilometrze!” Tak, nie zamierzałem stracić życiówki na ostatnim kilometrze. Z obliczeń „na żywo” wychodziło, że jeśli mocno zafiniszuję będzie sukces! Leciałem ostatnie kilkaset metrów z niemal zamkniętymi oczami, okropnym grymasem na twarzy i wiarą, że się uda! Czułem, że jest znacznie szybciej niż było! Ostatni zakręt, wpadamy na halę, zrywam się na czubki palców i jeszcze przyspieszam! Chyba się jednak uda, myślę! Wbiegam na dywan przed metą, kątem oka spoglądam na zegar… 2:48:39-40-41-42…Nie ma życiówk! Zabrakło 12 sekund. Padam na ziemię, dziwne uczucie. Ulga, ale i wielki niedosyt. Naprawdę nie chciało mi się wierzyć, że to przyspieszenie na ostatnim kilometrze nie wystarczyło. Tym bardziej, gdy Marcin powiedział mi, że 42 kilometr poleciałem w 3:34! Ponad 20 sekund szybciej niż średnie tempo przelotowe całości na ostatecznym wycieńczeniu!

Meta

Rozwiązanie zagadki znalazłem dopiero dziś – naprawdę! Pomijam już fakt, że wg GPS zrobiłem 42,5km, a dystans maratonu pokonałem w 2:47:32. Zawsze na zakrętach nieco się nadrobi, poza tym gps omylny jest. Nie miało to jednak znaczenia bo splitowałem wg znaczników na trasie. ZONK był gdzie indziej! Obliczałem swój czas poprzedniej życiówki jako idealne tempo po 4:00/km, a to daje dokładnie 2:48:48 i do tego tempa się odnosiłem. Realnie jednak moja życiówka jest o 16 sekund szybsza i wynosiła 2:48:32 choć to także w zaokrągleniu tempo 4:00/km. Tak więc na ostatnim kilometrze nie miałem do nadrobienia 12 sekund wobec średniego tempa a 28! I tego już nie byłem w stanie zrobić mimo heroicznego finishu. Na ostatnim kilometrze urwałem więc dostatecznie dużo by złamać idealne 4:00/km, ale to było ciut za mało do życiówki. To oczywiście detale, ale jak się okazuje warto być dobry z matematyki i bardzo skrupulatny w wyliczeniach, jeśli chcesz urywać życiówki w maratonie na sekundy! 🙂

Jak to ku*#a nie ma życiówki?! 🙂

Emocje opadły. Czas na rzetelną, krytyczną analizę. W Gdańsku poległem. Nie zrobiłem znaczącego postępu w stosunku do poprzedniego, jesiennego maratonu. A na finishu nie udało mi się wyrwać nawet kilku sekund z życiówki. Dałem z siebie wszystko – owszem, walczyłem do końca. Ten heroizm jest cenny, ale chcę być coraz lepszy, szybszy i wytrzymalszy, a to się nie udało. Jest jednak światełko w tunelu i zamierzam za nim podążać. Ale o tym już w kolejnych wpisach i analizach. A na pytanie czy trenuję dalej i wierzę w znaczny postęp, nie mierzony w sekundach tylko minutach, odpowiadam głośno i zdecydowanie – TAK! Walka trwa!

WYSZARPANA ŻYCIÓWKA!

Uff… Już po wszystkim! Choć start docelowy w maratonie dopiero za 2 tygodnie w Gdańsku wiem, że wczoraj przeżyłem najbardziej ekscytujący dzień w tym roku i jeden z najciekawszych w życiu. Premiera płyty „ŻYCIÓWKA”, start w poznańskim półmaratonie i koncert na mecie biegu – wszystko skumulowane w jeden piękny, słoneczny poranek 26 marca 2017.

Wczoraj nie miałem ochoty na analizy. Cieszyłem się sukcesem jakim niewątpliwie był cały ten dzień. Po robocie na trasie i scenie tylko jadłem, piłem i popuszczałem pasa. To temat na osobny wpis bo zjadłem myślę, że śmiało z 10 tyś kalorii… W sumie do północy 8 piw i co najmniej proporcjonalna dawka słodyczy. Takiego ssania nie miałem nigdy… Dziś emocje opadły, mogę spokojnie opisać co działo się na trasie i jak podsumowałbym premierę albumu i przyjęcie ŻYCIÓWKI.

17547125_10211966433347023_9182637643831766083_oDzień przed. Próba koncertowa. fot. Jagoda Haloszka

17505390_10211967105563828_6015308942188984637_oPodpisywanie płyt, zdjęcia, autografy fot. Jagoda Haloszka

Już w przeddzień startu miałem dużo na głowie. Na EXPO od godz. 14 spotkanie z Drużyną Szpiku, podpisywanie płyt, zdjęcia, autografy – wszystko bardzo przyjemne, ale jednak męczące. W międzyczasie próba z zespołem, dużo technicznych spraw do dogadania i ludzi do ogarnięcia. Cały czas na telefonie, lekko podenerwowany. Wróciłem do domu ok 19 dosyć zmęczony, a co najgorsze strasznie głodny. Cały czas „w biegu” zapomniałem o jedzeniu… W domu nadrobiłem zaległości, ale czułem, że to nie było wzorowe jedzenie przedstartowe. O 22 położyłem się do łóżka, zasnąłem ok 24.

Wstałem wypoczęty i gotowy! Jadąc autem na start powtarzałem sobie tekst ŻYCIÓWKI jednocześnie dobrze motywując się do walki na trasie. Czułem, że jestem jednak nieco bardziej nerwowy niż zwykle. Rozgrzewka, emocje na starcie, przyjemne słoneczko, poranny chłodek i ruszyliśmy do boju!

Pierwsze kilometry w sporym tłoku nieco chaotyczne i wolne. 3:49, 3:45, 3:45… Moje przelotowe tempo na poziomie życiówki to 3:45/km i to był punkt odniesienia, ale chciałem biec nieco szybciej po 3:42-43 by zbudować zapas, a najlepiej w końcówce jeszcze go powiększyć. Kilometry 4-5 grupa w której biegłem znacznie przyspieszyła. 3:37, 3:37 – poczułem to mocniejsze tempo w nogach, choć nadal byłem świeży. Kolejne płaskie kilometry poszły najsprawniej i najrówniej. 3:40, 3:40, 3:39, 3:44, 3:44 i na 10km zameldowaliśmy się w czasie 37minut. Planowo, dobrze – na prognozowany czas na mecie 18:04.

Zjadłem żel i pomyślałem „no dawać te podbiegi” – sprawdźmy się! 11-14 km cisnęliśmy głównie pod górę ul. Hetmańską – międzyczasy były dobre 3:43, 3:42, 3:47, 3:45 – nie straciliśmy wiele sekund, a najgorsze było za nami. Tak mi się wydawało. No i wtedy zacząłem słabnąć w oczach… Grupa zaczęła mi odjeżdżać, a moje narastające zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki. Wiedziałem już, że końcówki nie przyspieszę. Walczyłem o każdy kilometr, ale tempo ewidentnie leciało. Nie nazwałbym tego ścianą, ale ścianką już tak. 16-17km po płaskim 3:45, 3:46… Jeszcze ok, ale 18km najgorszy 3:52… Złapałem splita i lekko się załamałem. Życiówka zagrożona! Trzeba wziąć się do roboty, bo będzie nie życiówkowy koncert tylko stypa! Były to niestety pobożne życzenia. Zaciskałem już zęby, bardziej pracowałem rękoma i następny kilometr…jeszcze gorzej – 3:56. No to „zbudowałeś sobie dramaturgię” – pomyślałem. Cisnąłem ile mogłem, było mi już źle, ale absolutnie nie było mi wszystko jedno. Wolałbym biec luźno i triumfalnie po swoje, a musiałem wyszarpać tę życiówkę w prawdziwych mękach. 20km w 3:53 – wolno. 1:15:00 na zegarze. Jeśli nie przyspieszę, będzie klęska.

I tu w roli mojego nieoczekiwanego archanioła pojawia się Marcin Kęsy – świetny poznański biegacz z poziomu 2:28 w maratonie. Najpierw słyszę jego głos, nie poznaję postaci, bo nie mam ochoty wchodzić już z nikim w interakcję i patrzę tępo przed siebie. Dyszę jak lokomotywa, cierpię i jestem zdenerwowany, że zaraz zamkną gate do samolotu odlatującego na moje dawno temu zaplanowane wakacje. Marcin biegnie ze mną kilkaset metrów – pokrzykuję jak wielu kibiców na trasie, ale bardziej fachowo. Przypomina o pracy rąk, o oddechu i rytmie. W sumie wszystko to wiem, ale podziałało to na mnie jak ostatni strzał adrenaliny i szarpnąłem mocniej! Kątem oka, w przebłysku świadomości, zerknąłem jeszcze kto to taki pokrzykuje i poczułem jeszcze większy wiatr w żagle czując, że mam wsparcie poznańskiej biegowej elity!

17571104_196826807473804_411408064_oNa ostatnich kilometrach w głowie tylko WALKA! fot. Michał Wlazłowski

Ostatnie 500-600 metrów leciałem rozpaczliwie ul. Grunwaldzką. Czułem, że przyspieszyłem, ale czy to wystarczy? Wleciałem na halę! Wrzawa, tumult, emocje w zenicie! Wolałbym lecieć swobodnie i przybijać ludziom piątki, a musiałem z grymasem na twarzy zafiniszować na maksa. Gdy złapałem kontakt wzrokowy z metą leciałem już jak opętany, zegar przeliczał kolejne sekundy. 1:18:56-57-58 – BANG! Jestem! 300-200-stówka-życiówka! Wyszarpana, ale moja! Widocznie tak miało być! Chwila zamroczenia trwała dłużej niż zazwyczaj, ale po kilku minutach piłem już browarka, byłem szczęśliwy i szykowałem się do koncertu…

IMG_0786300, 200, stówka – Życiówka!!! fot. Przemysław Szyszka

Sam występ to też materiał na osobny wpis. Czysta przyjemność i frajda. Nie przebierałem się. Postanowiłem wystąpić jako jeden z biegaczy zakładając tylko medal. Na żywo przygrywał mi zespół ze wsparciem Dj’Skilla na gramofonach. Wokalnie towarzyszyła mi Ewa Jach, gościnnie pojawił się fenomenalny beat-boxer – Andy, a przy singlowej ŻYCIÓWCE na scenie zaprezentowali się świetni tancerze Kasia i Mateusz, występujący także w teledysku. A ja połowę koncertu zaśpiewałem i zarapowałem z poziomu trasy przybijając piątki biegaczom wpadającym na metę! Wspaniałem przeżycie! Trudno to w ogóle opisać. Trans. Flow.

IMG_0787fot. Adam Ciereszko IMG_6290 IMG_6292IMG_6333 IMG_6385

Po wszystkim jak nietrudno przypuszczać byłem skrajnie zmęczony i w trybie pilnym zacząłem pochłaniać nieopisane stosy jedzenia, popijając głównie piwem.

Analizując swój bieg krytycznie – na pewno to nie był mój dzień na trasie. Powinienem rosnąć z czasem, a gasnąłem. Powodów może być kilka. Pierwszy najbardziej banalny. Nie byłem gotowy na bieg na 1:17-18 i trzeba było zacząć wolniej. Drugi możliwy powód: zbyt obciąłem kalorie robiąc wagę startową w ostatnich tygodniach i po prostu zabrakło mi paliwa. Stąd też przypuszczam tak przeraźliwe ssanie po biegu, jakiego nigdy nie doświadczyłem. Po trzecie mogłem jeszcze odczuwać trochę nieodpowiedzialne z mojej strony 2,5 godzinne (miało być 2 godzinne, ale zabłądziłem na poligonie 🙂 ) długie wybieganie na 6 dni przed startem. Być może zostało mi w nogach i zabrakło świeżości. Zobaczymy za 2 tygodnie! Misja Poznań Półmaraton zakończona! Czas na misję Gdańsk Maraton!

mezo-zyciowka-1000 Okładka płyty „Życiówka”

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować za wszystkie miłe słowa odnośnie piosenki i teledysku ŻYCIÓWKA oraz całej płyty, która właśnie wyszła! Można ją kupić pod linkiem –https://www.mymusicshop.pl/pl/p/PREORDER-Mezo-Zyciowka-plyta-z-autografem/1725 polecam! Mam nadzieję, że  taka biegowa muzyka i teksty przydadzą się Wam podczas treningów i zawodów!

LUTY 2017 – ODLICZANIE DO POZNAŃ PÓŁMARATON I PREMIERY „ŻYCIÓWKI”

Gotowi do wiosennych startów? Ja jeszcze nie bardzo… W lutym zrobiłem wszystko co planowałem, ale z formą póki co nie wystrzeliłem. Dwa tygodnie byłem przeziębiony. Skupiałem się głównie na pracy nad płytą, a treningi po prostu zaliczałem bez większego zaangażowania. Alkoholu też nie zredukowałem tak jak planowałem, stąd kilka kacowych jednostek treningowych.

Ilościwo oscylowałem wokół 90km tygodniowo (w sumie 350) jakościowo niestety na niektórych treningach nie domagałem. Jedynym sprawdzianem były zawody Indoor Track Run w Łodzi na dystansie 1km. Pierwszy raz w życiu biegałem coś takiego na zawodach i jestem zadowolony z wyniku 2min 49sek. w samotnym biegu z dublowaniem przeciwników po zewnętrznej i wielu ciasnych łukach na 200 metrowej bieżni. Wydawałoby się zatem że szybkość jest, ale co innego szybkość na długości 1km, co innego na 5, 10 czy półmaratonie. Te prędkości są dla mnie dziś jeszcze trudne do utrzymania i wydaje się, że po zimie mam niezła bazę wytrzymałościową, ale nie zdążyłem jeszcze rozkręcić nóg.

Marzec będzie do tego okazją. Wystartuję najpierw w Wiązownej na 5km (05.03) a tydzień później Maniacka Dycha w Poznaniu (12.03) Te starty traktuję jako możliwość rozpędzenia się, ale wiem, że będzie ciężko uzyskać życiówki, szczególnie na 10km (35:29) Na pewno powalczę, co będzie czas pokaże. 26 marca pierwsza z imprez docelowych – Poznań Półmaraton. Wyzwanie o tyle trudne, że tego dnia zaplanowałem też premierę płyty pt. „Życiówka” i kwadrans po skończonym biegu wskakuję na scenę zagrać koncert. Obawiam się, że podświadomie będę się oszczędzał podczas biegu. Chcę jednak polecieć na maksa i jeśli forma pozwoli cieszyć się z dwóch „życiówek” jednego dnia!

Płyta jest właściwie z mojej strony gotowa. Czekam jeszcze na ostatnie miksy i mastery, ostatni szlif okładki i zabieramy się do pracy nad teledyskiem. Tracklista to finalnie 16 numerów, z czego połowa biegowa, połowa życiowa – tak jak zakładałem, a ilościowo nawet lepiej. Czekam na 26 marca z wypiekami na twarzy! Premiera płyty, bieg i koncert jednego dnia to dla mnie coś absolutnie fenomenalnego! Mam nadzieję, że wieczorem tego dnia zasiądę przed telewizorem, ekstremalnie zmęczony, ale zadowolony i przy zasłużonym browarze odpalę mecz piłkarskich eliminacji MŚ Czarnogóra – Polska, a Lewandowski i spółka wykonają dobrze swoją robotę! Na takie dni warto czekać. Wy również bądźcie gotowi!

mezo-zyciowka-fbFullSizeRender16708397_1264456366970846_2450901888454327072_n

 Page 1 of 8  1  2  3  4  5 » ...  Last »