BIEGOWE CELE NA WIOSNĘ 2018

Łagodna zima za oknem. Ciesząc się każdym treningiem powoli myślę nad startami wiosennymi. Kapitan statku – mój trener Marcin Nagórek obmyśla biegowy masterplan, a ja z pokorą realizuję jego wytyczne. Do naszego teamu dołączył także Piotr Maruszewski, z którym będę regularnie robił trening uzupełniający, sporo techniki, koordynacji i dynamiki. Co robimy możecie sprawdzić na załączonym filmiku. A jak wyglądają moje plany startowe?

Celem nr 1 jest Poznański Półmaraton 15 kwietnia. To impreza w której wezmę udział po raz szósty z rzędu. Ona najlepiej oddaję na przestrzeni czasu moją rosnącą zajawkę biegową. Zaczynałem w 2013 traktując ją bardziej jako start kontrolny w przygotowaniach do triatlonu, który przez kilka miesięcy trenowałem. Debiut w półmaratonie zaliczyłem w 1h 36min. Rok później bardziej skupiałem się na grze w tenisa, ale „coś tam biegałem” i udało się wykręcić 1h 29min. W 2015 byłem już biegaczem „zaangażowanym” i szykowałem się do łamania 3h w maratonie. Nabiegałem 1h 23min. W 2016 urwałem kolejne 2 minuty, a w 2017 jeszcze dwie. To do dziś moja życiówka 1:18:54 uzyskana w dzień premiery płyty.

2013 – 1:36:00 (śr. tempo 4:33/km)

2014 – 1:29:05 (śr. tempo 4:13/km)

2015 – 1:23:23 (śr. tempo 3:57/km)

2016 – 1:21:07 (śr. tempo 3:51/km)

2017 – 1:18:54 (śr. tempo 3:44/km)

2018 – ?

Zatem 5 lat nieprzerwanego uczestnictwa w Poznań Półmaraton chciałbym podsumować kolejną życiówką. Podchodzę jednak ostrożnie do moich planów. Będę walczył z całych sił o jak najlepszy wynik, ale „życiówkowa” średnia prędkość półmaratonu na poziomie 3:44/km to już dla mnie bariera trudna do przeskoczenia. Zobaczymy!

Poza tym startem docelowym będzie na pewno bardzo ciekawie ponieważ mam zamiar sprawdzać się na różnych dystansach. Na pewno 10km podczas Maniackiej Dychy 11 marca. Na pewno jakiś start na 5km w CityTrailu, ale także takie egzotyczne dla długodystansowca biegi jak 1km czy nawet 300m (miting w Łodzi 18.02) Przede wszystkim ciężko trenując chcę się dobrze bawić. Wiosną rezygnuję z maratonu by nabrać szybkości. Chcę poczuć trochę „wiatru we włosach”, „przewietrzyć nogi” To na pewno będzie ekscytujący sezon! Wam również życzę ciekawych wyzwań! C’mon!

DWA30 – MOJA PORAŻKA I…SUKCES

„Zdrowie nie było czynnikiem motywującym mnie do biegania.

Nie kierowała mną chęć schudnięcia, a już na pewno nie biegałem w trosce o swoje zdrowie psychiczne.

CHCIAŁEM PO PROSTU BIEGAĆ SZYBKO. Chciałem ciągle poprawiać swoją ŻYCIÓWKĘ.” 

Alberto Salazar

Po pierwsze, bo chcę to już mieć za sobą i nie zamierzam chować głowy w piasek. Minęły 2 lata od kiedy postanowiłem powalczyć o 2:30 w maratonie. Ci którzy wątpili mieli rację. Plan okazał się zbyt ambitny. Zatrzymałem się na 2:48, ale sam wobec siebie czuję się w porządku. Trenowałem ambitnie przez cały ten okres. Na tyle było mnie stać. Co teraz?

Misja 2:30 w 2 lata inspirowana była wyczynem Bartka Olszewskiego. On tego dokonał w tak krótkim czasie jako jeden z nielicznych ludzi w Polsce. Bez przeszłości lekkoatlety w biegach długich. Fenomen. Ja nie zbliżyłem się nawet do tego wyniku, choć też nie trenowałem tak intensywnie jak Bartek. Nie dlatego, że nie miałem czasu lub chęci. Po prostu rozsypałbym się totalnie biegając po 150km tygodniowo i więcej. Moje ciało nie byłoby w stanie wytrzymać takich obciążeń. Jestem innym typem biegacza. Mimo tego trenowałem przez te 2 lata mocno, raz przypłacając to przetrenowaniem.

Hasło DWA30 będzie mi towarzyszyć zawsze w bieganiu jako marzenie, które może przy bardzo sprzyjających okolicznościach zamieni się kiedyś w realny cel. Na ten moment wydaje się to ekstremalnie trudne, ale zawsze jestem gotowy na przełom i nagły duży progres. W 2017 maraton poniżej 2:30 pobiegło tylko 24 Polaków, w większości zawodowców. Nie mam pewności czy byłbym w stanie go osiągnąć nawet gdybym rzucił wszystko inne i poświęcił się tylko bieganiu 🙂 Zbyt wiele jest ryzyk niepowodzenia po drodze. Kontuzje, przetrenowanie, niedopasowany plan treningowy, ograniczenia wiekowe i wiele innych.

 

Czy żałuję tego postanowienia sprzed 2 lat? Nie – absolutnie. Po pierwsze zrobiłem wszystko co mogłem żeby to osiągnąć. Nie udało się – owszem, ale samego siebie nie zawiodłem. Po drugie, ja po prostu lubię ambitne cele. Lubię czuć trudną misję i entuzjazm wynikający z podążania za marzeniami. 2017 nie był dla mnie łaskawy jeśli chodzi o rekordy. Wiosną zrobiłem jedyną życiówkę w poznańskim półmaratonie (1:18:54) Z perspektywy czasu „wyszarpałem” ją chyba głównie pod presją wydania tego dnia płyty pt. … ŻYCIÓWKA. Dwa tygodnie później zabrakło mi 13 sekund do życiówki w maratonie, ale wynik z Gdańska na koniec roku dał mi najwyższą dotychczasową 244 pozycję w rankingu polskich maratończyków. I znów z perspektywy czasu to był naprawdę dobry bieg, mimo, że na mecie czułem wielkie rozczarowanie.

W połowie roku mocno zaryzykowałem i zmieniłem trenera. Po 2,5 roku treningu z Marcinem Nagórkiem narosły w mojej głowie pewne wątpliwości czy nie powinienem trenować inaczej, bardziej klasycznie maratońsko. Pół roku treningu z Marcinem Fehlau’em raczej rozwiało te wątpliwości. Biegałem więcej długich treningów, choć suma kilometrów tygodniowo i miesięcznie była podobna lub niższa. Efektów nie było. W treningu nie czułem się przemęczony czy przetrenowany. Bardziej zamulony. Zatraciłem szybkość i dynamikę, nie zyskałem wytrzymałości. Tak to obiektywnie wyglądało. Maraton w Walencji w 2:57 był gwoździem do trumny. Wróciłem do Polski i wróciłem do… starego trenera.

W grudniu wznowiłem treningi i na początku czułem się fatalnie. 2 tygodnie przerwy a mnie rwie w plecach i boli kolano. Na szczęście przetrwałem ten okres i teraz z każdym tygodniem jest coraz lepiej. Ciało odpuściło i ciężko było mu przyjąć na nowo obciążenia, ale w końcu zaskoczyłem. Nowy-stary trener też odpowiednio wolno, progresywnie zwiększał obciążenia. No i to naprawdę mój przyjaciel! Przyjął syna marnotrawnego, odpowiednio mnie zmotywował i znów moje serce rozpala ambicja, entuzjazm i wiara w szybkie bieganie. Kolejną nowością i bonusem będzie dla mnie od stycznia trening uzupełniający. Szczegółów dowiecie się wkrótce, ale będzie to zupełnie nietypowy trening dla długodystansowców. Bardzo dynamiczny, budujący technikę biegową poprzez pracę nad szybkością, bardzo urozmaicony, nowatorski. Nie wiem czy ten trening „odpali” ale bardzo chcę tego spróbować i się przekonać.

Poza bazą czyli konsekwentnym realizowaniem treningu biegowego, obudową – jaką będzie trening uzupełniający, rozciąganiem, rolowaniem i regeneracją, muszę wykonać jeszcze kilka nieprzyjemnych dla mnie postanowień. Nieprzyjemnych, bo sprzecznych z moją naturą. Po pierwsze drastyczne ograniczenie alkoholu, najlepiej do wiosennego półmaratonu – do zera. Nie ma zimą zbyt wielu koncertów i imprez – jest to do zrobienia. Po drugie waga. Od 2 lat stoi w miejscu. Całe dorosłe życie ważyłem ok 70-72kg przy 170cm wzrostu. Gdy zacząłem ostry trening biegowy waga spadła do 65kg i tak zostało do dziś. Nie lubię być chudy, ale to konieczność. Chcę zjechać do 60kg w ciągu najbliższych miesięcy i zobaczyć czy to coś da. Myślę, że da dużo. 🙂 No i jeszcze dieta. Zrezygnowałem z pudełek, a właściwie pudełka zrezygnowały ze mnie i przechodzę na domową dietę swojej żony. Robert Lewandowski nie wyszedł na tym źle 🙂 Myślę, że i mi to pomoże.

Podsumowując, mam wokół siebie świetny team, który wspiera mój biegowy rozwój i co najważniejsze mam w sobie to co wg mnie liczy się najbardziej. Misję, ambicję i entuzjazm. 2018 – nadchodzę! Jeśli ominą mnie kontuzje (tfu…) powinno być dobrze! Przełamiemy niejeden opór! Powalczmy!

KONIEC SEZONU bez przełomu – WALENCJA MARATON 2017

25 kilometr trasy. Na zegarze 1:40:25 czyli lecę równo po 4:01/km. Czuję się nieźle. Wiem, że muszę lekko przyspieszyć jeśli chcę zawalczyć o życiówkę. Lekko przyspieszam J Biegnę 2km tempem ok 3:55/km i … zostaję szybko sprowadzony na ziemię. Nogi coraz bardziej zamulone. Głowa chce, ciało już na urlopie. Na 30km wiem, że nie będzie cudu w Walencji. Biegnę przez stare miasto i delektuję się listopadowym słońcem. 16 stopni. Bezchmurne niebo. Przyjemnie. Tylko co z tą formą panie Jacku? 🙂

W Walencji tego dnia miałem wszelkie warunki do szybkiego biegania w maratonie. Płaska trasa, dobra pogoda, wielu mocnych biegaczy na trasie, świetni kibice. Zabrakło tylko formy. Podobnie jak w ostatnich sprawdzianach na 10km i w półmaratonie sił starczyło na 2/3 dystansu. Mogłem wypluć płuca i przybiec z 2-3min szybciej. Życiówka jednak była poza zasięgiem.

Turystycznie to była piękna wyprawa. Polecam każdemu ten maraton. Świetna organizacja, międzynarodowe towarzystwo, słoneczna Hiszpania.  Sportowo oczywiście jestem rozczarowany. Moim głównym celem w bieganiu jest progres, którego zabrakło. Mam w sobie jednak nadal ochotę do treningu i po 2 tygodniowej przerwie wracam na biegowe ścieżki. Chcę być coraz mocniejszym biegaczem. Dopóki mam z tego radość i zajawkę chcę walczyć o jak najlepsze wyniki. Wierzę, że prędzej czy później forma przyjdzie. Tymczasem biorę głęboki oddech, odpoczywam i wrócę silniejszy.

Niedawno przeczytałem opinię, że moje wpisy są ostatnio mniej entuzjastyczne, wręcz smutne. Bardzo chciałbym dzielić się z wami sukcesami, ale wolę pisać co naprawdę odczuwam, a ambitne bieganie, nawet amatorskie jest pełne wzlotów i upadków. Wierzę, że na blogu pojawi się jeszcze wiele tych radosnych i optymistycznych. Piszę o swoich zmaganiach z perspektywy „rapera, który został biegaczem” 😉 i choć wiem, że gdzieś czai się nieubłagana granica postępu, a metryka już weterana, jestem przekonany, że jeszcze niejeden opór zostanie przełamany!

ZNAKI ZAPYTANIA – 5 dni do Walencja Maraton 2017

Nie będę ściemniał. Chciałem się czuć inaczej na niemal 5 dni przed startem. Być pewnym siebie. Pełnym nadziei i determinacji. W głowie jednak siedzą mi głównie znaki zapytania i obawy. Czy jestem w stanie pobiec w okolicach życiówki? Na pewno nie zacznę wolniejszym tempem. Najwyżej zderzę się ze ścianą. Wóz albo przewóz.

W sobotę w Dzień Niepodległości pobiegłem w podpoznańskim Luboniu na 10km. Założenie miałem takie, że lecę na 95% – bez wypluwania płuc, ale mocno. Założyłem sobie tempo przelotowe 3:40/km i tego chciałem się trzymać. Dałoby to na mecie wynik 36:40 (moja życiówka to 35:29) Pierwsze kilometry z rezerwą i sporą swobodą – planowo. Na 3km zaczynałem odczuwać już jednak pewien dyskomfort. 4 i 5km było płasko lub z górki i na półmetku zameldowałem się w czasie 18:24. Znałem jednak profil trasy i wiedziałem, że tego nie utrzymam, bo 7 i 8km to spore podbiegi a ja czułem, że słabnę. Dodatkowo mocno wiało  w twarz i momentami czułem się jakbym biegł w zwolnionym tempie. Nie było mocy, wola walki słaba. 8km w 4:17/km – dramat! Ostatni 10km w 3:30/km i na mecie zameldowałem się w 38:08.

Czego się dowiedziałem z tego biegu? Na pewno tego, że na nieco wyższych prędkościach (3:35-3:45/km) szybko słabnę. Możliwe, że trening typowo pod maraton nieco mnie zamulił i stąd prędkości na dychę i półmaraton są dla mnie trudne do utrzymania. Przekładając proporcjonalnie wyniki ostatnich sprawdzianów powinienem spodziewać się raczej w maratonie czasu w okolicach 2h53. Moim punktem odniesienia jest jednak życiówka 2h48 i tempo 4:00/km. Wciąż mam nadzieję, że to osiągalne. Wykonałem dużo długich biegów po 25-28-30km i sądzę, że wytrzymałościowo jestem dobrze przygotowany.

Jakie jeszcze są pozytywy? Jestem zdrowy. Niby oczywiste, ale jakże ważne. Udało się uniknąć wszelkich kontuzji, a człowiek w pełni zdrowia zawsze może powalczyć i dać z siebie wszystko. Poza tym sama wyprawa do Hiszpanii to czysta przyjemność. Od środy wszelkie bieżące obowiązki znikają. Jadę najpierw na 2 dni aklimatyzacji do Barcelony. Od piątku jestem w Walencji. W sumie 5 dni jakby nie było wakacji. Będę miał przy sobie wiernego kibica w postaci Żony, a od połowy dystansu na trasie prawdopodobnie poprowadzi mnie mój trener – Marcin Fehlau. Niedziela nadal może być więc sukcesem sportowym! Mam zamiar cieszyć się każdym kilometrem biegu i powalczyć o jak najlepszy wynik! C’mon!

 

AMBITNY BIEGACZ czyli WIECZNY FRUSTRAT?

fot. Roman Miś

Ubiegły tydzień to lizanie ran po poznańskim „mezomaratonie” i leczenie kaca po rozczarowującym wyniku. Wiem, że to trochę dziecinne, ale lekko obraziłem się na bieganie jakbym chciał powiedzieć? Jak to?! Poświęcam się, trenuję uczciwie i nic a nic progresu? A gdzie sprawiedliwość? Uczciwość? 🙂

W ramach zemsty na samym sobie trochę poszedłem w „tany”, trochę w ostatnie jesienne porządki przydomowe, trochę w wyjazdy koncertowo-konkursowo-rodzinne. Treningi zaliczałem last minute, z ociąganiem się, z lekką niechęcią. No obraziłem się  nieco na ten okrutny sport. 🙂

Uczciwie przyznaję, że obecnie największą motywacją do biegania dla mnie są życiówki. Cieszę się samym procesem treningu, ale chcę wyznaczyć swoje sportowe maksima i nadal wierzę, że jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Naturalne jest więc, że większość moich tegorocznych biegów nie spełniało moich oczekiwań. W sumie jedyna życiówka padła 26 marca w poznańskim półmaratonie ( w dzień premiery ŻYCIÓWKI J)

Być może zbliżam się do granicy swoich możliwości? Na razie absolutnie się z tym nie godzę, ale być może zbliża się dzień , kiedy powiem sobie: biegnę dalej, ale już z innymi priorytetami. Dla przyjemności, nie zważając na rekordy. Wiem, że to chwilowy mentalny dołek, jakich wiele już doświadczyłem i szybko minie. Póki co zaciskam zęby i nadal wierzę w życiówkę w maratonie w Walencji 19 listopada 2017. Ku rekordom, bez napinki!

A poprzedni tydzień treningowo przedstawiał się tak:

5 treningów – w sumie 75km

PONIEDZIAŁEK 16.10 – WOLNE

WTOREK 17.10. – 12km po 4:31/km

ŚRODA 18.10 – 12km po 5:00/km

CZWARTEK 19.10 – plan – 14km po 4:10/km – wyszło nieco gorzej po 4:13/km

PIĄTEK – WOLNE

SOBOTA – 12km po 4:55/km

NIEDZIELA – plan 25km po 4:15/km – wyszło nieco gorzej po 4:20/km

I żeby nie było tak pesymistycznie drugie zdjęcie z tego samego podbiegu jak wypatrzyłem fotografa! 🙂

fot. Roman Miś

GRAWITACJA – Relacja z Poznań Maraton 2017

Październikowa, zaskakująco wiosenna, pogoda podczas poznańskiego maratonu roku Pańskiego 2017 była dziwnie nieprzyjazna dla ambitnych amatorów. Wielu moim znajomych biegaczy miało śmiałe plany na życiówki. Większość, włącznie ze mną, poległa w heroicznym boju na trasie. Takie jest bieganie. Niby wiemy, że trzeba mierzyć siły na zamiary, ale chcemy zawsze odrobinę więcej.

Przygody zaczęły się jeszcze przed startem. 45minut opóźnienia. Zdążyłem nieco ostygnąć by potem nieoczekiwanie wykonać piosenkę ŻYCIÓWKĘ dla tysięcy zniecierpliwionych biegaczy czekających na pozwolenie na start. W końcu zielone światło. Ruszyliśmy. Tempo przelotowe na ŻYCIÓWKĘ wynosiło 3:45/km i to był punkt odniesienia. Pierwsze 5km poszło bardzo sprawnie i szybko. Duża grupa. Zwarty szyk. Adrenalina w powietrzu. Lecimy. 18:50 – dobrze, planowo.

Druga piątka w niemal identycznym czasie 18:48 z tym, że zacząłem już gubić grupę. Czułem, że przyspieszają, a ja wcale nie czułem się już rześko. 10km w czasie 37:42 dawało jednak nadzieję, że powalczę o rekord życiowy. Zaczął się zbieg na ul. Hetmańskiej. W planach był to sygnał do przyspieszania, ale niestety tempo stało w miejscu. Grupa, w której zacząłem bieg poszła do przodu, a ja podczepiłem się pod dwie dziewczyny, które biegły bardzo równo. Jedną z nich była przyszła zwyciężczyni – Japonka Haruna Takada. Zainspirowała mnie swoim może niezbyt pięknym, ale dynamicznym krokiem. Szalona kadencja. Próbowałem wpasować się w ten rytm, ale był dla mnie zbyt gęsty. Na 13km dziewczyny poleciały przodem, a ja powoli słabłem. Na 14km pogodziłem się już z porażką. Tempo spadło powyżej 4:00/km. Tętno też. Wyprzedzały mnie kolejne grupy biegaczy, a ja chciałem już tylko honorowo zaliczyć dystans półmaratonu. Publika głośno dopingowała. Byli jak zwykle niesamowici. W tych okolicznościach mogłem docenić ich zaangażowanie, poprzybijać piątki, odpowiedzieć na okrzyki. Humor miałem lekko wisielczy, ale nie pierwszy raz w życiu doświadczałem niemocy podczas zawodów. Ostatni kilometr jeszcze nieco przyspieszyłem i zakończyłem bieg. Czas na mecie 1:22:21. Średnie tempo całości 3:53/km. Podziękowałem trenerowi Marcinowi Fehlau’owi za wsparcie na trasie. Asystował mi cały czas na rowerze, robił co mógł by mnie zmotywować. Grawitacja była jednak tego dnia zbyt odczuwalna. Nie potrafiłem wznieść się ponad nią i pofrunąć.

Mimo obiektywnego rozczarowania tym sprawdzianem pozostaję pełen nadziei, że za 5 tygodni podczas maratonu w Walencji będzie lepiej. Życiówka 2:48 jest do zrobienia. Tempo 3:55/km dałoby wynik 2:45 z którego byłbym zadowolony. Nie składam broni. Walka trwa!

 Page 1 of 10  1  2  3  4  5 » ...  Last »