ZNAKI ZAPYTANIA – 5 dni do Walencja Maraton 2017

Nie będę ściemniał. Chciałem się czuć inaczej na niemal 5 dni przed startem. Być pewnym siebie. Pełnym nadziei i determinacji. W głowie jednak siedzą mi głównie znaki zapytania i obawy. Czy jestem w stanie pobiec w okolicach życiówki? Na pewno nie zacznę wolniejszym tempem. Najwyżej zderzę się ze ścianą. Wóz albo przewóz.

W sobotę w Dzień Niepodległości pobiegłem w podpoznańskim Luboniu na 10km. Założenie miałem takie, że lecę na 95% – bez wypluwania płuc, ale mocno. Założyłem sobie tempo przelotowe 3:40/km i tego chciałem się trzymać. Dałoby to na mecie wynik 36:40 (moja życiówka to 35:29) Pierwsze kilometry z rezerwą i sporą swobodą – planowo. Na 3km zaczynałem odczuwać już jednak pewien dyskomfort. 4 i 5km było płasko lub z górki i na półmetku zameldowałem się w czasie 18:24. Znałem jednak profil trasy i wiedziałem, że tego nie utrzymam, bo 7 i 8km to spore podbiegi a ja czułem, że słabnę. Dodatkowo mocno wiało  w twarz i momentami czułem się jakbym biegł w zwolnionym tempie. Nie było mocy, wola walki słaba. 8km w 4:17/km – dramat! Ostatni 10km w 3:30/km i na mecie zameldowałem się w 38:08.

Czego się dowiedziałem z tego biegu? Na pewno tego, że na nieco wyższych prędkościach (3:35-3:45/km) szybko słabnę. Możliwe, że trening typowo pod maraton nieco mnie zamulił i stąd prędkości na dychę i półmaraton są dla mnie trudne do utrzymania. Przekładając proporcjonalnie wyniki ostatnich sprawdzianów powinienem spodziewać się raczej w maratonie czasu w okolicach 2h53. Moim punktem odniesienia jest jednak życiówka 2h48 i tempo 4:00/km. Wciąż mam nadzieję, że to osiągalne. Wykonałem dużo długich biegów po 25-28-30km i sądzę, że wytrzymałościowo jestem dobrze przygotowany.

Jakie jeszcze są pozytywy? Jestem zdrowy. Niby oczywiste, ale jakże ważne. Udało się uniknąć wszelkich kontuzji, a człowiek w pełni zdrowia zawsze może powalczyć i dać z siebie wszystko. Poza tym sama wyprawa do Hiszpanii to czysta przyjemność. Od środy wszelkie bieżące obowiązki znikają. Jadę najpierw na 2 dni aklimatyzacji do Barcelony. Od piątku jestem w Walencji. W sumie 5 dni jakby nie było wakacji. Będę miał przy sobie wiernego kibica w postaci Żony, a od połowy dystansu na trasie prawdopodobnie poprowadzi mnie mój trener – Marcin Fehlau. Niedziela nadal może być więc sukcesem sportowym! Mam zamiar cieszyć się każdym kilometrem biegu i powalczyć o jak najlepszy wynik! C’mon!

 

AMBITNY BIEGACZ czyli WIECZNY FRUSTRAT?

fot. Roman Miś

Ubiegły tydzień to lizanie ran po poznańskim „mezomaratonie” i leczenie kaca po rozczarowującym wyniku. Wiem, że to trochę dziecinne, ale lekko obraziłem się na bieganie jakbym chciał powiedzieć? Jak to?! Poświęcam się, trenuję uczciwie i nic a nic progresu? A gdzie sprawiedliwość? Uczciwość? 🙂

W ramach zemsty na samym sobie trochę poszedłem w „tany”, trochę w ostatnie jesienne porządki przydomowe, trochę w wyjazdy koncertowo-konkursowo-rodzinne. Treningi zaliczałem last minute, z ociąganiem się, z lekką niechęcią. No obraziłem się  nieco na ten okrutny sport. 🙂

Uczciwie przyznaję, że obecnie największą motywacją do biegania dla mnie są życiówki. Cieszę się samym procesem treningu, ale chcę wyznaczyć swoje sportowe maksima i nadal wierzę, że jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Naturalne jest więc, że większość moich tegorocznych biegów nie spełniało moich oczekiwań. W sumie jedyna życiówka padła 26 marca w poznańskim półmaratonie ( w dzień premiery ŻYCIÓWKI J)

Być może zbliżam się do granicy swoich możliwości? Na razie absolutnie się z tym nie godzę, ale być może zbliża się dzień , kiedy powiem sobie: biegnę dalej, ale już z innymi priorytetami. Dla przyjemności, nie zważając na rekordy. Wiem, że to chwilowy mentalny dołek, jakich wiele już doświadczyłem i szybko minie. Póki co zaciskam zęby i nadal wierzę w życiówkę w maratonie w Walencji 19 listopada 2017. Ku rekordom, bez napinki!

A poprzedni tydzień treningowo przedstawiał się tak:

5 treningów – w sumie 75km

PONIEDZIAŁEK 16.10 – WOLNE

WTOREK 17.10. – 12km po 4:31/km

ŚRODA 18.10 – 12km po 5:00/km

CZWARTEK 19.10 – plan – 14km po 4:10/km – wyszło nieco gorzej po 4:13/km

PIĄTEK – WOLNE

SOBOTA – 12km po 4:55/km

NIEDZIELA – plan 25km po 4:15/km – wyszło nieco gorzej po 4:20/km

I żeby nie było tak pesymistycznie drugie zdjęcie z tego samego podbiegu jak wypatrzyłem fotografa! 🙂

fot. Roman Miś

GRAWITACJA – Relacja z Poznań Maraton 2017

Październikowa, zaskakująco wiosenna, pogoda podczas poznańskiego maratonu roku Pańskiego 2017 była dziwnie nieprzyjazna dla ambitnych amatorów. Wielu moim znajomych biegaczy miało śmiałe plany na życiówki. Większość, włącznie ze mną, poległa w heroicznym boju na trasie. Takie jest bieganie. Niby wiemy, że trzeba mierzyć siły na zamiary, ale chcemy zawsze odrobinę więcej.

Przygody zaczęły się jeszcze przed startem. 45minut opóźnienia. Zdążyłem nieco ostygnąć by potem nieoczekiwanie wykonać piosenkę ŻYCIÓWKĘ dla tysięcy zniecierpliwionych biegaczy czekających na pozwolenie na start. W końcu zielone światło. Ruszyliśmy. Tempo przelotowe na ŻYCIÓWKĘ wynosiło 3:45/km i to był punkt odniesienia. Pierwsze 5km poszło bardzo sprawnie i szybko. Duża grupa. Zwarty szyk. Adrenalina w powietrzu. Lecimy. 18:50 – dobrze, planowo.

Druga piątka w niemal identycznym czasie 18:48 z tym, że zacząłem już gubić grupę. Czułem, że przyspieszają, a ja wcale nie czułem się już rześko. 10km w czasie 37:42 dawało jednak nadzieję, że powalczę o rekord życiowy. Zaczął się zbieg na ul. Hetmańskiej. W planach był to sygnał do przyspieszania, ale niestety tempo stało w miejscu. Grupa, w której zacząłem bieg poszła do przodu, a ja podczepiłem się pod dwie dziewczyny, które biegły bardzo równo. Jedną z nich była przyszła zwyciężczyni – Japonka Haruna Takada. Zainspirowała mnie swoim może niezbyt pięknym, ale dynamicznym krokiem. Szalona kadencja. Próbowałem wpasować się w ten rytm, ale był dla mnie zbyt gęsty. Na 13km dziewczyny poleciały przodem, a ja powoli słabłem. Na 14km pogodziłem się już z porażką. Tempo spadło powyżej 4:00/km. Tętno też. Wyprzedzały mnie kolejne grupy biegaczy, a ja chciałem już tylko honorowo zaliczyć dystans półmaratonu. Publika głośno dopingowała. Byli jak zwykle niesamowici. W tych okolicznościach mogłem docenić ich zaangażowanie, poprzybijać piątki, odpowiedzieć na okrzyki. Humor miałem lekko wisielczy, ale nie pierwszy raz w życiu doświadczałem niemocy podczas zawodów. Ostatni kilometr jeszcze nieco przyspieszyłem i zakończyłem bieg. Czas na mecie 1:22:21. Średnie tempo całości 3:53/km. Podziękowałem trenerowi Marcinowi Fehlau’owi za wsparcie na trasie. Asystował mi cały czas na rowerze, robił co mógł by mnie zmotywować. Grawitacja była jednak tego dnia zbyt odczuwalna. Nie potrafiłem wznieść się ponad nią i pofrunąć.

Mimo obiektywnego rozczarowania tym sprawdzianem pozostaję pełen nadziei, że za 5 tygodni podczas maratonu w Walencji będzie lepiej. Życiówka 2:48 jest do zrobienia. Tempo 3:55/km dałoby wynik 2:45 z którego byłbym zadowolony. Nie składam broni. Walka trwa!

CZAS NA…MEZOMARATON! :) 5 dni do Poznań Maraton 2017

No to nadchodzi czas próby! Za pięć dni biegnę na trasie poznańskiego maratonu sprawdzić się na dystansie… półmaratonu. Stąd moja samozwańcza nazwa zawodów. Nie wyobrażałem sobie, żeby zabrakło mnie na starcie maratonu w moim ukochanym mieście, gdzie debiutowałem w 2002 roku (czas 3:54) i gdzie uzyskałem najlepszy dotychczasowy wynik w maratonie w 2016 (2:48). W tym roku maraton biegnę jednak w Walencji 19 listopada, więc w Poznaniu atakuję „połówkę” Jakie nastroje przed startem? W jaki wynik celuję?

Lubię planować i jestem w tym niezły 🙂 ale biorąc pod uwagę doświadczenie jakie zabrałem w ostatnich 2 latach biegania zdecydowanie oddzielam „chciejstwa” od realnych szans. Mentalnie każdego dnia jestem gotowy na Dwa30. I choć jestem fanem siły psychologii w sporcie nie oszukujmy się – forma jest, albo jej nie ma i głową możesz co najwyżej urwać w półmaratonie minutę czy dwie. Jeśli warunki pogodowe są sprzyjające reszta to bezwzględna weryfikacja aktualnej dyspozycji.

Swoją obecną formę uważam za stabilną z tendencją wzrostową. Uważam, że stać mnie na wynik w okolicach życiówki (1:18:54) a przy sprzyjających okolicznościach mogę zawalczyć o wynik w przedziale 1:17-18. Start w Poznaniu to stacja pośrednia w drodze do maratonu i nie będę w pełni „świeży” Odpuszczam trening tylko trochę, w czwartek jeszcze planuję lekką siłę biegową. Przygotowania ostatnich tygodni też były nastawione na dystans maratonu. Mam nadzieję, że nie „ugotuję” się na wyższych prędkościach w okolicach 3:40-45.

Co mi sprzyja? Na pewno miejsce. Poznań – wspaniali kibice jak również presja, która powinna mobilizować, a nie paraliżować. Lubię walczyć na trasie pełnej kibiców i biegaczy. Jeśli dobrze pójdzie powinienem też zabrać się z jakąś grupą, a w niej zawsze raźniej i łatwiej. Profil trasy do 21,1km też sprzyja. Na Hetmańskiej między 10-12km jest spory zbieg, a podbieg na Św. Wawrzyńca, znajdujący się po 30km mnie już nie będzie dotyczył. Ruszam zatem tempem 3:45/km i po 5km oceniam co dalej. Jeśli się uda przyspieszam do 3:40/km i walczę do „mezomety”. Cieszę się, że w końcu lecę na maksa, w trupa. Choć wiem, że będzie bolało dawno nie cisnąłem na trasie do upadłego i jestem głodny walki.

W biegłym tygodniu zrobiłem następującą biegową robotę, która utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem przygotowany na sprawdzian na dobrą 4. Życzę udanych zawodów wszystkim biegaczom i kibicom.

PONIEDZIAŁEK 2.10 (WOLNE)

Dzień na regenerację. Czułem niedzielne 30km dosyć mocno w kościach. Wieczorem wybrałem się na Termy Maltańskie na saunę. 3 sesje z przerwami na lodowate kąpiele i odpoczynek – czuję się po tym wyśmienicie i zasypiam jak dziecko.

WTOREK 3.10 (12km Spokojnie + stretching + ABS)

Rozbieganie po 4:49/km ze słuchawkami na uszach i totalnym luzem. Potem szybki prysznic i zajęcia grupowe w Fabryce Formy – trochę ćwiczeń rozciągających i wzmacniających mięśnie brzucha. Wszystko leniwie i spokojnie.

ŚRODA 4.10 (2km Spok + 4 x 3km po 3:45/km p.5’)

Pierwszy ważny akcent tego tygodnia. Wstałem wcześnie i motywacyjnie obejrzałem sobie film Gun Runners. Godny polecenia obraz dokumentalny opisujący kilka lat z życia dwóch biegaczy kenijskich, którzy zamienili karabiny na buty do biegania. Porzucili życie partyzantów, mieszkających w buszu i parających się kradzieżą bydła i rozpoczęli ciężki trening. Jeden z nich po kilku latach doszedł do 4 miejsca w maratonie nowojorskim w 2013 roku. Z ciekawostek wyszukałem, że biegł nawet kiedyś w Polsce w poznańskim półmaratonie w 2010 i był drugi…  Ale wracając do mojego akcentu… 🙂

Planowałem pobiec na bieżni lekkoatletycznej, ale była zajęta – jakieś zawody… Odcinki biegałem więc wokół jeziora Rusałka. Podłoże leśne, lekki przełaj. Zacząłem nieco za mocno. Pierwszy odcinek 3km po 3:41 i tętno najwyżej na treningu. Poniosło mnie i już do końca treningu nie czułem lekkości. Była walka, ale tempa zadowalające. Drugie i trzecie 3km po 3:47. Ostatni nieco dociśnięty po 3:43. Po treningu zadowolenie. Wystawiłbym sobie za tą jednostkę treningową uczciwą 4+

CZWARTEK 5.10 (Siła Biegowa z Marcinem Fehlau’em)

Od rana trening na siłowni – krótko 45min, ale intensywnie. Trening stacyjny – kilkanaście ćwiczeń w sekwencji 60s. pracy – 15s. odpoczynku powtórzone x 2.

PIĄTEK 6.10 (12km Spokojnie)

Rozbieganie po 4:46/km ze słuchawkami na uszach. Luźno, wolno z respektem dla czekającej mnie ciężkiej soboty.

SOBOTA 7.10 (10km po 4:15/km + 10km po 4:05 + 5km po 3:55)

Wstałem bardzo wcześnie o 5:30. Ruszyłem o 7.00 nad poznańską Maltą. Wybrałem asfalt, żeby było nieco łatwiej niż przełajową trasą nad Rusałką, ale nie było. Chłód i momentami wietrznie. Leciałem swoje, ale druga dycha po 4:05/km nie była już komfortowa, a w perspektywie było jeszcze przyspieszenie na 3:55. 20-22km jeszcze udało się trzymać to tempo, ale na ostatnie 2km zrobiłem nawrotkę i dostałem mocnym podmuchem wiatru w twarz, co skutecznie zbiło moje tempo tego odcinka do 4:00/km. Byłem więc całościowo lekko w niedoczasie, ale akcent ogólnie zaliczony poprawnie na 4 z małym minusem.

Międzyczasy sobotniego biegu.

Podsumowując środę i sobotę powiedziałbym, że jest nadzieja na życiówkę w półmaratonie, ale mam też dużo pokory i wiem, że jak np. będzie niesprzyjająca aura może być ciężko.

Resztę dnia spędziłem na warsztatach stretchingowo-mindfullnessowych, gdzie praktykowałem chociażby seanse uważności, skupiania się na oddechu czy relaksacyjne techniki – skanowanie ciała itp. Było ciekawie… 🙂

NIEDZIELA 8.10 (12km Spok)

Moje kilometry rozbiegałem na raty w Ostromecku pod Bydgoszczą, gdzie graliśmy koncert. Rozgrzewka w parku pięknego kompleksu pałacowego, potem 7.5km w ramach zawodów na trasie Dąbrowa Chełmińska – Ostromecko i jeszcze po biegu dokręcone 2km w parku. Całość średnio po ok 4:39/km. Potem sympatyczny koncert plenerowy z przygodami. Pod koniec wysiadł prąd więc… pośpiewaliśmy z publiką accapella POLSKA BIAŁO-CZERWONI jako, że właśnie zaczynał się mecz Polska-Czarnogóra. Na szczęście prąd po kilku minutach powrócił i dokończyliśmy granie. Było chłodno, ale Ci co byli bawili się z nami bardzo dobrze! To był raczej ostatni tegoroczny koncert w plenerze.

Ostromecko – ciśniesz ostro-Mezko!

Koncert z medalem na szyi – specjalność zakładu! 🙂

 

 

MINĘŁY 3 LATA TRENINGU! 2 tygodnie do POZNAŃ (pół) MARATON 2017 – 7 tygodni do WALENCJA MARATON 2017

Z początkiem października obchodzę mały jubileusz trzech lat treningu. Przypominam, że nie znaczy to, że wcześniej wcale nie biegałem. Przeciwnie – miałem już nawet zaliczony maraton w przyzwoitym czasie 3h 23min. Ale to było bieganie czysto rekreacyjne.

1 października 2014 zacząłem konkretny trening jako ambitny amator z celem złamania 3 godzin w maratonie. Zaczęła się przygoda, która nieoczekiwanie dla mnie trwa do dziś…

Garść statystyk:

1 rok biegania – 2821km

2 rok – 3737km

3 rok – 3650km

Kilometraż w ciągu ostatniego roku zmalał? Aż sam się zdziwiłem robiąc podsumowanie. Tak jak zdaję sobie sprawę, że bardziej niż ilość liczy się jakość, tak myślę, że w zwiększeniu objętości treningowej mam jeszcze spory  „potencjał wzrostu” Zazwyczaj trenowałem 5-6 razy w tygodniu. Zdarzyło mi się raptem kilka dni i to tylko podczas obozu, kiedy trenowałem 2 razy dziennie. Dla wielu ambitnych amatorów to chleb powszedni i jeśli będzie to miało sens treningowy mam zamiar też zwiększać liczbę jednostek treningowych wraz z kilometrażem.

A miniony tydzień upłynął mi stabilnie i poprawnie. 6 treningów biegowych – 2 razy siłownia – 96km na liczniku. W konkretnie wyglądało to tak:

PONIEDZIAŁEK 25.09 (Gimnastyka Siłowa – 45min.)

Dzień głównie przeznaczony na odpoczynek po niedzielnej 30-tce. Wieczorem oglądając Fakty+Wiadomości zrobiłem zestaw ćwiczeń wzmacniających i porozciągałem się trochę.

WTOREK 26.09 (12km Spok.)

Rozbieganie podczas którego czułem się zaskakująco dobrze. Noga lekka, tempo po 4:30/km.

Wieczorem jeszcze trochę się rozciągałem i rolowałem.

ŚRODA 27.09 (14km po 4:00/km)

Bardzo pozytywny akcent. Tempo 4:00/km choć wymagające było dla mnie całkiem do zniesienia. Cały czas miałem rezerwę i kontrolę. Tętno wyszło dosyć wysokie 165 BPM, ale trochę wariował mi pulsometr na początku. Realnie myślę, że co najmniej 2 BPM niższe 🙂

CZWARTEK 28.09 (Siła Biegowa z Marcinem Fehlau’em + 12km Spok.)

Wcześnie rano tradycyjny trening na siłowni z Marcinem. Mniej intensywny niż przed tygodniem, ale uczciwie wykonany. Wieczorem 2 rundki wokół jeziora Malta po 4:40/km.

PIĄTEK 29.09 (8km Spok. + 15 X 200m – podbiegi)

Luźne 8km po ok 4:50/km a później podbiegi pod domem. 200m średnio po 40s. Pies, który leciał ze mną wzdłuż płotu po treningu zajechany kompletnie. Ja czułem się dobrze 🙂

SOBOTA 30.09 (12km Spok.)

Rozbieganie po 4:44/km. Myślami byłem już przy niedzieli.

NIEDZIELA 01.10 (30km po 4:15/km)

Subiektywnie leciało mi się gorzej niż przed tygodniem. Od rana nie naładowałem się motywacyjnie, bo nie oglądałem żadnego maratonu… 🙂 Od początku coś mi nie pasowało. A to spadający z ramienia telefon z GPS, a to tłok na ścieżkach i wpadający na mnie rowerzyści, a to brak frotki i pot zalewający oczy, a to muszki, a to zacinający się zamek przy spodenkach, gdy chciałem sięgnąć po żel… Do 15km biegło mi się źle, tempo wynosiło ok 4:17/km, a ja czułem, że oddech mam głębszy niż powinienem. Potem jednak nieoczekiwanie złapałem rytm, przyszedł spokój i trans, a ja czując się coraz lepiej nieznacznie przyspieszyłem. Zakończyłem docelowym tempem 4:15/km i sprawdziwszy śr. tętno zdziwiłem się, że było 3 BPM niższe niż przed tygodniem. Wieczorem nogi obolałe, ale przy 30km to normalne.

 

TYDZIEŃ DŁUGICH WYBIEGAŃ – 3 tygodnie do POZNAŃ (pół) MARATON 2017 – 8 tygodni do WALENCJA MARATON 2017

Miniony tydzień mogę nazwać niemal idealnym treningowo. Planowo wykonałem wszystkie biegi, dobrze spałem, zdrowo jadłem. Zabrakło tylko nieco regeneracji aktywnej (basen, sauna) i zdecydowanie rozciągania i rolowania. Kilometraż za to bardzo okazały – 112. Głównie dzięki dwóm długim wybiaganiom: w poniedziałek (28km) i niedzielę (30km) Fundamenty formy robią się solidne. Czuję się coraz lepiej i co ważne udaje mi się zachować względną świeżość, mimo już mocnych obciążeń.

PONIEDZIAŁEK 18.09. (28km po 4:15/km)

Długie wybieganie przeniesione z niedzieli ze względu na zmęczenie tenisowo-koncertowym weekendem. Czułem się bardzo dobrze. Oddechowo pełna kontrola i tylko narastające zmęczenie mięśniowe odczuwalne już dosyć mocno po 20km. Wszystko wokół jeziora Rusałka. Trasa płaska z jednym delikatnym podbiegiem.

WTOREK 19.09 (12km spokojnie)

Wolno po 4:53/km ze słuchawkami na uszach. Tylko byle uzbierać kilometry. Nogi nieco zmęczone długim wybieganiem, ale bez tragedii.

ŚRODA 20.09 (8km spokojnie + 12 x 250 – podbiegi)

8km spokojnego biegu dziwnie zamulone. Obawiałem się, że podbiegi pójdą słabo, ale z każdym kolejnym nogi coraz bardziej puszczały i leciało mi się swobodnie, choć trening był intensywny i poczułem to szczególnie oddechowo na końcówkach odcinków. Podbiegi dosyć strome w okolicy mojego domu. Odcinki po 250m od 55-48 sek. – coraz szybciej.

CZWARTEK 21.09 (Siła biegowa z trenerem Marcinem Fehlau’em)

Solidnie zrobione stacje. Kilkanaście ćwiczeń m.in. półprzysiady ze sztangą, wskoki na skrzynie, przysiady ze sztangielkami na stepie, balans na BOSU, pompki z przyciąganiem nóg do klatki na TRX, pajacyki, skipy itp. w wersji 60 sekund pracy, 15 sekund odpoczynku. Dwie takie serie z przerwą 5 minut. Mocno dały w kość.

PIĄTEK 22.09 (2km Spok + 10 x 3’ interwał – przerwa 2’ + 2km Spok)

Ostatnio raczej biegałem dłużej, ale wolniej i te interwałki mocno mnie rozruszały. Intensywność 3-min. odcinków miałem ustaloną na wyczucie na 85% mocy. Leciałem w lesie, w urozmaiconym terenie i tempo śr. interwałów wahało się od 3:50-25/km. Czułem jeszcze w mięśniach wczorajszą siłę biegową, a po treningu musiałem się na godzinkę położyć… 🙂

SOBOTA 23.09 (12km Spok)

Bardzo wolne rozbieganie po 4:54/km. Mimo to wcale nie było super komfortowo. Czułem mocne zamulenie czwartkową siłą i piątkowymi interwałami. Wróciłem do domu pełen obaw o zaplanowane niedzielne 30km.

NIEDZIELA 24.09 (30km po 4:15/km)

Wyspałem się (ok 9h), obejrzałem relację z maratonów w Berlinie i Warszawie i mentalnie roznosiła mnie energia! O dziwo od początku biegło mi się luźno i komfortowo na prędkości 4:15/km. Po 18km a potem ok 24km miałem jakieś drobne kryzysiki, ale ogólnie pełna kontrola cały czas. W trakcie zjadłem 2 żele (10 i 20km) i 2 razy popijałem wcześniej rozstawioną na trasie wodą (wyszło prawie 8 okrążeń Rusałki) Tętna nie sprawdzałem na bieżąco. Dopiero po treningu. Wyszło śr. 155 uderzeń na minutę. Tylko w końcówce wyszedłem lekko „z tlenu”. Po treningu dobre samopoczucie, choć już nie wychodziłem „na miasto” 🙂

 Rozciąganie – nad tym muszę popracować

Wykres tętną 30km biegu w niedzielę w tempie 4:15/km

Co czwartek Siła Biegowa w Fabryce Formy w Marcinem Fehlau’em

 

 Page 1 of 10  1  2  3  4  5 » ...  Last »