KONIEC SEZONU bez przełomu – WALENCJA MARATON 2017

25 kilometr trasy. Na zegarze 1:40:25 czyli lecę równo po 4:01/km. Czuję się nieźle. Wiem, że muszę lekko przyspieszyć jeśli chcę zawalczyć o życiówkę. Lekko przyspieszam J Biegnę 2km tempem ok 3:55/km i … zostaję szybko sprowadzony na ziemię. Nogi coraz bardziej zamulone. Głowa chce, ciało już na urlopie. Na 30km wiem, że nie będzie cudu w Walencji. Biegnę przez stare miasto i delektuję się listopadowym słońcem. 16 stopni. Bezchmurne niebo. Przyjemnie. Tylko co z tą formą panie Jacku? 🙂

W Walencji tego dnia miałem wszelkie warunki do szybkiego biegania w maratonie. Płaska trasa, dobra pogoda, wielu mocnych biegaczy na trasie, świetni kibice. Zabrakło tylko formy. Podobnie jak w ostatnich sprawdzianach na 10km i w półmaratonie sił starczyło na 2/3 dystansu. Mogłem wypluć płuca i przybiec z 2-3min szybciej. Życiówka jednak była poza zasięgiem.

Turystycznie to była piękna wyprawa. Polecam każdemu ten maraton. Świetna organizacja, międzynarodowe towarzystwo, słoneczna Hiszpania.  Sportowo oczywiście jestem rozczarowany. Moim głównym celem w bieganiu jest progres, którego zabrakło. Mam w sobie jednak nadal ochotę do treningu i po 2 tygodniowej przerwie wracam na biegowe ścieżki. Chcę być coraz mocniejszym biegaczem. Dopóki mam z tego radość i zajawkę chcę walczyć o jak najlepsze wyniki. Wierzę, że prędzej czy później forma przyjdzie. Tymczasem biorę głęboki oddech, odpoczywam i wrócę silniejszy.

Niedawno przeczytałem opinię, że moje wpisy są ostatnio mniej entuzjastyczne, wręcz smutne. Bardzo chciałbym dzielić się z wami sukcesami, ale wolę pisać co naprawdę odczuwam, a ambitne bieganie, nawet amatorskie jest pełne wzlotów i upadków. Wierzę, że na blogu pojawi się jeszcze wiele tych radosnych i optymistycznych. Piszę o swoich zmaganiach z perspektywy „rapera, który został biegaczem” 😉 i choć wiem, że gdzieś czai się nieubłagana granica postępu, a metryka już weterana, jestem przekonany, że jeszcze niejeden opór zostanie przełamany!

ZNAKI ZAPYTANIA – 5 dni do Walencja Maraton 2017

Nie będę ściemniał. Chciałem się czuć inaczej na niemal 5 dni przed startem. Być pewnym siebie. Pełnym nadziei i determinacji. W głowie jednak siedzą mi głównie znaki zapytania i obawy. Czy jestem w stanie pobiec w okolicach życiówki? Na pewno nie zacznę wolniejszym tempem. Najwyżej zderzę się ze ścianą. Wóz albo przewóz.

W sobotę w Dzień Niepodległości pobiegłem w podpoznańskim Luboniu na 10km. Założenie miałem takie, że lecę na 95% – bez wypluwania płuc, ale mocno. Założyłem sobie tempo przelotowe 3:40/km i tego chciałem się trzymać. Dałoby to na mecie wynik 36:40 (moja życiówka to 35:29) Pierwsze kilometry z rezerwą i sporą swobodą – planowo. Na 3km zaczynałem odczuwać już jednak pewien dyskomfort. 4 i 5km było płasko lub z górki i na półmetku zameldowałem się w czasie 18:24. Znałem jednak profil trasy i wiedziałem, że tego nie utrzymam, bo 7 i 8km to spore podbiegi a ja czułem, że słabnę. Dodatkowo mocno wiało  w twarz i momentami czułem się jakbym biegł w zwolnionym tempie. Nie było mocy, wola walki słaba. 8km w 4:17/km – dramat! Ostatni 10km w 3:30/km i na mecie zameldowałem się w 38:08.

Czego się dowiedziałem z tego biegu? Na pewno tego, że na nieco wyższych prędkościach (3:35-3:45/km) szybko słabnę. Możliwe, że trening typowo pod maraton nieco mnie zamulił i stąd prędkości na dychę i półmaraton są dla mnie trudne do utrzymania. Przekładając proporcjonalnie wyniki ostatnich sprawdzianów powinienem spodziewać się raczej w maratonie czasu w okolicach 2h53. Moim punktem odniesienia jest jednak życiówka 2h48 i tempo 4:00/km. Wciąż mam nadzieję, że to osiągalne. Wykonałem dużo długich biegów po 25-28-30km i sądzę, że wytrzymałościowo jestem dobrze przygotowany.

Jakie jeszcze są pozytywy? Jestem zdrowy. Niby oczywiste, ale jakże ważne. Udało się uniknąć wszelkich kontuzji, a człowiek w pełni zdrowia zawsze może powalczyć i dać z siebie wszystko. Poza tym sama wyprawa do Hiszpanii to czysta przyjemność. Od środy wszelkie bieżące obowiązki znikają. Jadę najpierw na 2 dni aklimatyzacji do Barcelony. Od piątku jestem w Walencji. W sumie 5 dni jakby nie było wakacji. Będę miał przy sobie wiernego kibica w postaci Żony, a od połowy dystansu na trasie prawdopodobnie poprowadzi mnie mój trener – Marcin Fehlau. Niedziela nadal może być więc sukcesem sportowym! Mam zamiar cieszyć się każdym kilometrem biegu i powalczyć o jak najlepszy wynik! C’mon!