MIĘDZY AMBICJĄ A LUZEM…

mezo_maniacka_finish_19032016

No to mamy kryzys, kryzys, kryzys… No może póki co kryzysik albo światełko ostrzegawcze. Wczoraj nie biegałem. Dziś miał być ciężki trening, a potruchtałem jedynie przez 40 minut. Jutro też wolne. Co jest? Ano boli kolano i przemęczony jakiś jestem. W sumie spodziewałem się, że kiedyś to musi przyjść. No i przyszło tylko w najmniej oczekiwanym momencie…

Wszystko ostatnimi czasy wydawało mi się perfekcyjne. 35:29 na Maniackiej dało dużo wiary. W następnym tygodniu czułem się bardzo dobrze i w zeszły czwartek zaliczyłem mocne 30km długiego wybiegania z udanym przyspieszeniem na końcu. Wieczorem tego dnia jeszcze czułem się znośnie. A od piątku coraz ciężej. Wydawało mi się, że to normalne zmęczenie więc truchtałem w tempach 5:30-6:00 do poniedziałku, kiedy zaplanowany był cięższy trening.  No i w poniedziałek był już lekki dramat. W połowie treningu skończył mi się prąd i założone tempa były nie do utrzymania. Pierwszy raz od wielu miesięcy skróciłem trening. Potem do końca dnia leżałem z katarem w łóżku. Na drugi dzień poszedłem potruchtać, ale nie miałem zupełnie mocy. Do tego zaczęło mnie boleć kolano…

Mamy KRYZYS, KRYZYS, KRYZYS…

Takie sytuacje to prawdziwy test dla ambitnych biegaczy. Zrobić przerwę, odpuścić na kilka dni? Jak to?! Przecież sezon startowy właśnie się zaczął, muszę trenować by być gotowy! Przecież stracę formę, kilometraż mi spadnie! Trzeba gonić za życiówkami – czas ucieka – wszyscy inni trenują! Na szczęście wtedy przypominam sobie moje hasło przewodnie, którego zamierzałem się trzymać. „Ku rekordom, BEZ NAPINKI!” Biorę głęboki oddech, łapię luz i … zapominam o bieganiu. Nie jest to łatwe, ale póki co nie ma z tym wielkiego problemu. Po pierwsze wierzę, że to tylko drobna zmęczeniowa niedyspozycja. Forma nie ucieknie w kilka dni. Pracowałem na nią miesiącami. Może nawet będzie dzięki tej krótkiej przerwie lepiej…

Wierzę, że w weekend będę mógł już normalnie trenować i śledzić co na innych biegowych frontach, choćby na półmaratonach w Warszawie i Berlinie. Bądźcie wdzięczni jeśli jesteście zdrowi i pełni sił! Ja nabieram nieco głodu biegowego i spadam pisać tekst do nowej piosenki!

IMG_4730

POZIOM WYŻEJ!

DSC07854

To był dobry bieg! Dzięki za wszystkie gratulacje! Świetne warunki, mocna dyspozycja dnia i jestem poziom wyżej na 10km. Wielu biegaczom udało się wczoraj uzyskać dobre rezultaty – brawo! Sztuką było wykorzystać sprzyjające okoliczności. Pobiec z głową i z sercem, na granicy możliwości, a nawet nieco szybciej. Mój oficjalny wynik to 35:29. Cieszy on tym bardziej, że drugą połowę biegu poleciałem w 17:23 co na 5km jest moim nowym…rekordem życiowym.

Dziś już na chłodno analizuję bieg i zastanawiam się czy mogło być jeszcze lepiej? Na pewno mogło, ale odrobinę. Czy mogło być gorzej? Na pewno mogło i to dużo. Nie ukrywam, że pobiegłem wczoraj taktycznie, przez pierwsze 5km niemal zachowawczo. Obawiałem się zbyt mocnego startu i kryzysu na newralgicznych, trudnych psychicznie kilometrach 6-9. I tego udało się uniknąć, co było dla mnie nowością w biegu na dychę.

Pierwszy kilometr w 3:34, choć wydawało mi się jakbym biegł rozgrzewkę. Wszyscy ruszyli z kopyta do przodu. Prosto i z górki, aż się prosiło. Za rok też tak polecę 😉 Wczoraj miałem jednak wbite do głowy, nie szarżuj na początku i o dziwo mi się to udało. Drugi kilometr 3:32. Czułem, że nieco przyspieszam. Chciałem złapać jakąś grupkę biegaczy, ale niezbyt mi się to udawało, więc trochę szarpałem. Kilometry 3-5 były najwolniejsze. 3:39-3:37:3:43. Może trochę przesadnie powstrzymywałem się przed mocniejszym tempem, nieco też wtedy wiało i sporo zakrętów. No wiecie – trzeba na coś zwalić 🙂

Na półmetku czas 18:06. „Trochę słabo” – pomyślałem, ale widziałem, że wszystkie siły w tym biegu są nadal we mnie. Złamanie 36minut było nadal w zasięgu ręki. Ruszyłem nieco żwawiej. 6km – 3:29. Tu sporo biegłem sam próbując dogonić grupę przede mną. Czułem się nadal bardzo dobrze, ale tempo tego kilometra średnie – 3:37. Na 8km przyspieszyłem już mocno i wyszło 3:22. Może trochę za mocno, bo ostatnie 2km to była walka o życie! Pamiętam tylko myśl, że „nienawidzę biegania i po co mi to” (stała refleksja na ostatnich kilometrach) a potem pomyliłem przycisk split ze stopem na granicy 8/9kilometra. Po 3 sekundach odpauzowałem stoper i pomyślałem, że jeszcze nie jest tak źle skoro dbam o takie pierdoły jak splitowanie.

Kilku biegnących ze mną osób mocno mnie dopingowało (dzięki!) publika też była głośna. Wszyscy lecieliśmy ostatkiem sił, dysząc jak lokomotywy. Ostatnie 2km wyszły w 6:54. Finish nie był rewelacyjny, nie zmusiłem się do maksymalnych obrotów, ale wypatrując zegar wiedziałem już, że jest dobrze i będę w okolicach 35:30. To mnie satysfakcjonowało. Na mecie kilka sekund zawieszki i wybuch ogromnej radości! Udało się! Opór został przełamany! Zimowy trening odpalił! Wiedziałem, że tak będzie! Nastał czas plonów! Życiówka pobita o 105 sekund! Na 10km to dużo! Uwielbiam ten stan naturalnego haju, gdy uda się bieg! Myślę o nim zawsze gdy cierpię na ostatnich metrach!

Dzień po. Złoty medal za Maniacką Dziesiątkę wisi na lampie, a ja jestem już myślami przy Poznań Półmaratonie 17 kwietnia. Chciałbym pobiec nieco odważniej niż na 10km. Treningi najbliższych 3 tygodni ustalą mi w głowie plan taktyczny i orientacyjne tempo. Mój trener – Marcin Nagórek już napisał mi „szykuj się na czwartek na 135minut biegu”! Akcenty stricte maratońskie czas zacząć! Miesiąc do połówki, dwa miesiące do maratonu! C’mon!

Maniacka Relacja Video (by Dj Skill)

MANIACKA MISJA JACKA

mezo6_fot_andrzej_jenek

Melduję pełną gotowość do wiosennych startów! Jutro pierwszy sprawdzian na asfalcie. Maniacka Dziesiątka – kultowy bieg na 10km nad poznańską Maltą z bardzo mocną obsadą. Czekam na start z rosnącym podekscytowaniem. W tym tygodniu mocno odpuściłem treningowo, aby złapać świeżość. Ostatnie kilka tygodni trenowałem solidnie. Codziennie. Nie zajeżdżałem się jednak. Wydaję się, że trening był „szyty na miarę”, ale cele które przed sobą postawiłem zmuszają do mocnej pracy. To już nie czysta przyjemność. Przygotowania i zawody momentami bolą. Przyjemność ma być na mecie.

Jestem bardzo zadowolony, że przez cały okres jesienno-zimowych przygotowań omijały mnie kontuzje. Nie opuściłem ani jednego (!!!) zaplanowanego treningu! Po lutowym apogeum, jeśli chodzi o kilometraż (ponad 450) miewałem bóle w okolicach piszczeli, łydek, kolan, ale to wszystko jest niestety wliczone w ryzyko mocnych treningów i nie przeszkadzało mi walczyć dalej. Mogę powiedzieć, że cały okres przygotowawczy do dziś przebiegł bardzo pomyślnie. Przede mną jeszcze 2 miesiące pracy z dwoma startami kontrolnymi. Jutro na 10km i Poznań Półmaraton 17 kwietnia. Potem ostatnia prosta i wisienka na torcie – Gdańsk Maraton – 15 maja. Przygotowuję się głównie pod kątem królewskiego dystansu, ale na 10km też zamierzam mocno się poprawiać.

Na co liczę jutro? Na pewno na moje najszybsze zawody. Rekord życiowy na poziomie 37:14 to absolutne minimum, ale myślę, że realnym celem jest złamanie 36 minut. Orientacyjne średnie tempo całości po 3:35/km. Mam nadzieję, że znajdę jakąś mocną grupkę biegaczy w okolicach tego tempa i razem polecimy mocno i równo. Najbardziej boję się adrenaliny na starcie i zbyt szalonego początku. Mam nadzieję, że frycowe już zapłaciłem na CityTrailu dwa tygodnie temu. Muszę bardziej kontrolować emocje. Poza tym po prostu cieszę się, że mamy już niemal wiosnę i jutro na starcie zobaczę 5000 takich samych wariatów jak ja walczących każdy na granicy swoich możliwości. Różne cele, różne tempa – jedna pasja! Powodzenia wszystkich maniakom biegania!

07_unislaw_na_trasie 08_unislaw_finish