MÓJ IRONDAY CZYLI POZNAŃ TRIATLON 2013

blogIronDay (1)

 

To był najbardziej heroiczny dzień w moim życiu. Po ukończeniu triatlonu na dystansie 1,9km pływania, 90km jazdy na rowerze i 21,1km biegu maraton wydaje mi się dłuższą przebieżką. Całość dopełnił wieczorny koncert dla poznańskiej publiki zgromadzonej nad Maltą, o co bałem się najbardziej. Było ciężko, momentami bardzo ciężko, ale głowa i organizm wytrzymały.

Po co mi to było? Kocham sport, lubię wyzwania – to wszystko. Nie lubiłem za to nigdy pływania na czas i to także mnie zmobilizowało. Pokonam swoją największą słabość. Zacząłem ćwiczyć w lutym. Pierwsze treningi pływackie kończyły się po 20 basenach. W pływaniu kraulem liczy się głównie technika, której zupełnie nie posiadałem. Kilka treningów na 5.45 rano – po kolei basen, spinning i trening siłowy poprawiły nieco ten stan. Przez 4 miesiące ćwiczyłem naprawdę solidnie, co najmniej 3 razy w tygodniu każdą dyscyplinie. Testem był triatlon w Sierakowie na początku czerwca na dystansie krótkim. Wypadł dobrze, czułem się świetnie i miałem niezły czas 2h 43m.

W czerwcu i lipcu królowały jednak koncerty i forma spadła. Poza tym zacząłem grać więcej w tenisa i triatlon zszedł na drugi plan. Słowo jednak się rzekło i 6 sierpnia stanąłem na starcie triatlonu w Poznaniu. Plan: dobiec do mety poniżej 6h i zagrać wieczorem koncert w pozycji pionowej. Udało się!

Co było najtrudniejsze? W wodzie z pewnością nie czułem się jak ryba i każdy metr zbliżający mnie to wyjścia z niej napełniał mnie radością. Ot zaliczyłem to. Potem rower – długo – 3h jazdy! Szczerze najbardziej bałem się usterki bo warunki były ciężkie – dużą cześć trasy lało jak z cebra. Gdy po niemal 4h dotarłem na strefę zmian już wiedziałem, że ukończę to! Wystarczyło zrobić 5 okrążeń maltańskiego jeziora (tym razem w pełnym słońcu i upale) i dobrze zafiniszować! Tak, tak! Udało mi się zejść poniżej 6h tylko dzięki długiemu 200-300 metrowemu finiszowi! Czas 5:59! J

 

Wieczorem zagraliśmy świetny koncert. Z żywym bandem, z Ewą Jach, Kasią Rościńską, Vito WS`em i Johnem Jamesem. Byłem oczywiście bardzo zmęczony, ale entuzjazm publiki pozwolił wyzwolić jeszcze nieco sił. Od żony otrzymałem, własnoręcznie przez nią namalowany portret IRONMEZO. Byłem wzruszony! Zasypiałem w myślą z piosenki ICE CUBE`a „Today was a good day”!