side menu ON side menu OFF

Manager
698 334 585
manager@mezo.pl

PO MOCNEJ PIĄTCE, PRZED REKORDOWĄ DZIESIĄTKĄ

Success is not final, failure is not fatal: it is the courage to continue that counts / Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest totalna. Liczy się tylko odwaga.Winston Churchill

Sezon biegowy rozpoczął się na dobre! Debiutowałem podobnie jak w zeszłym roku w podwarszawskiej Wiązownie w biegu na 5km. Szczerze nie znoszę tego dystansu, dlatego moim głównym celem na te zawody było zakochać się w metafizycznym stanie dyskomfortu, wypluć płuca, dać z siebie wszystko i zobaczyć jak to przełoży się na cyferki. Mimo, że nie nastawiałem się na spektakularny wynik, z każdym dniem moja motywacja rosła. Po obejrzeniu, w przeddzień zawodów, CZASU MROKU, na motywach biografii Winstona Churchilla powiedziałem sobie, że nawet życiówka jest możliwa, a co! Stanąłem na starcie. Wykrzyknąłem WOJNA i poleciałem!

Do Warszawy przyjechałem już w piątek. Byliśmy wraz z trenerem Marcinem Nagórkiem gośćmi porannego programu Dzień Dobry TVN. Omawialiśmy naprawdę sprawnie zmontowany materiał o moim zróżnicowanym treningu uzupełniającym i odgrzewaliśmy kotleta pt. misja #DWA30, choć szczerze wolę się skupiać obecnie na „dwóch dobrych skokach” niźli wybiegać w tak daleką i niepewną przyszłość. Tak czy owak materiał i rozmowę szczerze polecam i linkuję.

Obejrzyj na stronie TVN

Za oknem nadal utrzymywały się arktyczne mrozy. Pobujałem się trochę po Warszawie. Poza CZASEM MROKU, obejrzałem jeszcze lepszy i dwa dni później oskarowy KSZTAŁT WODY, zjadłem pysznego steka popijając czerwonym winem, a w sobotnie popołudnie zameldowałem się na „odprawie” u trenera. Obejrzeliśmy razem zwycięski bieg Adama Kszczota w Birmingham, opiliśmy go solidnie po 3 piwka na głowę, omówiliśmy taktykę i około pierwszej położyliśmy się spać.

Ok. 8 nad ranem w niedzielę temperatura nadal wynosiła -11 stopni C. Kiepskie warunki do biegania. Na szczęście to właśnie był dzień pogodowego przełomu i na starcie ok. 12 było już tylko -2 stopnie i do tego przez chmury przebijało się słońce. Ruszyłem spokojnie po uczciwej rozgrzewce. Plan max. życiówka 17:30, plan minimum złamać 18.00. Pierwsze dwa kilometry podobnie jak przed rokiem bardzo swobodnie i stosunkowo szybko 3:26/km, 3:31/km. Na trzecim kilometrze zaczął się bieg. Najpierw zdenerwowała mnie nawrotka na półmetku na której musiałem ostro wyhamować tracąc rytm. Zaraz potem poczułem mocny podmuch w twarz. „Czyli dotychczas było z wiatrem, myślałem, że jestem tak mocny ;)” Po nawrotce zasplitowałem na 3km i bardzo się rozczarowałem 3:40/km – wolno. 4km to była już walka. Zaciśnięte zęby, zmrużone oczęta i 3:36/km. Ostatni kilometr. Nadal walczyłem, ale nie czułem jakiejś specjalnej mocy. Dobiegłem do wyznaczonego z trenerem miejsca ok 250 metrów od mety i zafiniszowałem. Chyba z tego finishu jestem najbardziej zadowolony. 200m w 32 sekundy. Przywoicie, choć Nagór i tak nie był w pełni zadowolony. Czas na mecie 17:40 – co do sekundy taki sam jak w zeszłym roku. 10 sekund zabrakło do życiówki, choć moja „piątkowa” życiówka jest nieco naciągana bo osiągnięta w biegu na 10km (druga połówka Maniackiej Dychy 2016) Parkrun 5km wykręciłem kiedyś też w 17:29, ale to trasa bez atestu.
Czyli mimo wszystko to niezły wynik, biorąc pod uwagę moją zimową przerwę spowodowaną chorobą i wypadkiem, a także to, że waże 2kg więcej niż rok wcześniej.
Po biegu, chyba w ramach budowania „wagi startowej” wciągnąłem olbrzymi dwudaniowy obiad i w sumie zadowolony wróciłem do Poznania. Przez 2 dni leciała mi woda z nosa. To ponoć oznaka, że „powalczyłem” i dlatego byłem zadowolony.

Cały kolejny tydzień upłynął mi na solidnym treningu. W poniedziałek spokojne, ale dłuższe rozbieganie 20km po 4:41/km, wtorek siłownia z Piotrem Maruszewskim,a potem rozbieganie i sprinty pod górkę z baniakiem :). Środa to interwał 30 x 200m po 40s. (przerwa 30s. spacer) w błocie pośniegowym. Czwartek już luzowanie – 50′ spokojnie i piątek 30′ spokojnie.
Co będzie w niedzielę na Maniackiej Dziesiątce zwanej od tego roku Recordową? W zeszłym roku było 35:36 – 7 sekund gorzej niż życiówka. Mimo, że nie biegnę z pełnej świeżości celem na bieg jest walka na całego i zwycięstwo! Mogę się przejechać i przeszarżować, może być dobrze i padnie życiówka, a w planie idealistycznym złamanie 35 minut. Każde zawody to okazja, Maniacka Dycha to wielka okazja. Następna za rok, zamierzam wziąć z tego biegu ile się da! No to… WOJNA! 🙂

Komentarze.

  1. Arek

    Marzec 10, 2018 (17:46) Reply

    No, ciśnij dalej…z Nagórem dasz radę

Zostaw swój komentarz.

* Twój adres e-mail nie będzie publikowany.