POŻEGNANIE Z JACKIEM DANIELSEM?

Kilka tygodni temu po powrocie z Nowego Jorku, gdzie Polonia była bardzo gościnna (szczegóły w poprzednim poście) postanowiłem nałożyć sobie „limity alkoholowe”, dzięki którym zachowam większą higienę życia i będę lepszym biegaczem. Prosta zasada. Piję maksymalnie raz w tygodniu. Winko na pół z żoną. Wyjątkami są dni koncertowe, kiedy mogę wypić jedno wino lub 3 piwa lub 4 drinki. Jak widać limity nie są specjalnie drastyczne, tym bardziej, że koncertów mam sporo… Ale jednak są 🙂

Pierwszy treningowy tydzień po „okresie przejściowym” (zmiana trenera i ustawienie nowego planu współpracy) mijał mi niemal perfekcyjnie. Zaliczyłem 2 dobre akcenty (8 x 5’ po 3:40 na 3 minutach przerwy we wtorek i podbiegi 10 x 200 w piątek) 2 razy ćwiczyłem siłę biegową na sali, na rozbieganiach czułem się swobodnie i lekko przy prędkościach 4:30/km, wysypiałem się, byłem na saunie i masażu – git! Sobotę miałem wolną ponieważ grałem aż 2 koncerty. Najpierw z zespołem w Witkowie koło Gniezna o godz. 19, potem szybki przejazd ponad 300km i drugi koncert z Dj’em Skillem przed północą w Kłobucku koło Częstochowy.

Wszystko szło dobrze i planowo, a w niedzielę zamierzałem wziąć udział w zawodach przełajowych na 8,5km w Skorzęcinie pod Poznaniem. Chciałem pobiec dosyć mocno – tempem ok 3:50/km. W sobotę trzymałem więc fason, dobrze jadłem, unikając serników i innych pyszności, które mieliśmy wyłożone w garderobie. Dla lepszego nastroju sączyłem sobie tylko winko czerwone, wytrwane w niewielkich ilościach. Na drugi koncert dotarliśmy ok 23 i okazało się, że jest małe opóźnienie i jeszcze trochę poczekamy do występu.

Kończyłem swoje ustawowe wino, gdy organizator doniósł szlafkę Jacka Danielsa. To co? Po małym? 🙂 Grzecznie odmówiłem. Wtedy Dj Skill, którego mianowałem moim „kuratorem” i „strażnikiem limitów alkoholowych” tym razem pokazał ludzką twarz. „Przecież gramy dziś 2 koncerty więc limity są także x 2, co?” Ten bardzo logiczny wniosek przemówił do mnie i po chwili uśmiechnięty popijałem już mojego ulubionego Jacka Danielsa.

Czas przyspieszył. Zaliczyliśmy energiczny występ po czym kontynuowaliśmy degustację trunków. Poszliśmy spać o 2.30 by przebudzić się przed 6.00… Dramat. Kaca jeszcze nie było, bo minęło zbyt mało czasu, ale czułem, że bieg, który mam za 3h będzie klęską. Dojechaliśmy na start o 9.30 pokonawszy powrotne 300km i ruszyliśmy. Ja i mój „kurator” – Dj Skill. Lecieliśmy tempem 4:50/km co dla Skilla jest tempem średnio-wymagającym. Dla mnie powinien to być truchcik, ale wcale nie był. Czułem na żołądku trawiony alkohol, zaczynała boleć mnie głowa – dolecieliśmy jakoś do mety, odebraliśmy medale, zjedliśmy po drożdżówce i wróciliśmy do domu. Dzień był stracony. Co gorsza zacząłem mieć wyrzuty sumienia. Po co trenuje ciężko cały tydzień, by rozwalać wszystko w weekend?

Jestem daleki od dramatyzowania, ale skłoniło mnie to do postanowienia, którego kuratorem, będzie nie tylko pobłażliwy Dj Skill. Żegnam się na jakiś czas z mocnymi alkoholami. Żegnam się z Jackiem Danielsem. Moje biegowe cele są dla mnie ważniejsze. Nie rezygnuję całkiem z alkoholu, ale to ma być tylko miłe podbicie nastroju i przyjemność, a mocne alkohole zabierają mi za dużo energii na drugi dzień. Przyda się lekka Asceza Meza, jeśli mam iść naprzód w wynikach sportowych. Trzmajcie kciuki! Wasze zdrowie czerwonym-wytrawnym! 🙂

Dwa koncerty jednego dnia to zawsze adrenalina…

Witkowo – pierwszy koncert o 19

Lecimy 300km za Częstochowę

 

Kłobuck po północy – drugi występ

Na dużym kacu ruszamy na 8,5km przełaju. Dobra mina do złej gry!

 

ROZTRENOWANIE PO BANDZIE I TRUDNE DECYZJE czyli PODSUMOWANIE MAJA 2017

Wiosna nie sprzyja dyscyplinie. Nie wiem czy też tak macie, ale mi trudniej zachować rytm, regularność i umiar gdy za oknem więcej słońca i ciepła. Maj był właśnie taki: chciałem mocno potrenować mimo wielu wyjazdów, trzymać fason w jedzeniu i piciu i być mocny w swych postanowieniach – niestety zupełnie się to nie udało. Skłoniło mnie to do dosyć radykalnych decyzji.

Początek miesiąca to regularny i mocny trening. Niestety akcenty były na tyle ambitne, że zazwyczaj nie udawało mi się ich wykonać tak jak chciałem, co nieco mnie frustrowało. Akcenty typu dwa odcinki 3km po 3:30/km przedzielone 4 x 500m po 3:10/km. 500tki szły dobrze, ale dłuższe bieganie niby niezbyt szybkie, ale mnie zamulało. Potem nieudane podejście do 20 x 400m po 1:16 i mimo woli walki nie dawałem rady. Ratunkiem mentalnym miał być dla mnie wyjazd od Nowego Jorku. Miałem normalnie trenować. 8 jednostek w 10 dni. Po 3 dniach odpuściłem. Jet lag, brak snu, gościnnośc polonii i napięty plan zwiedzania i muzycznych warsztatów wystarczyły bym powiedział sobie w duchu „To nie ma sensu. Tydzień przerwy”

No i poleciałem ostro. Myślę, że spożywałem dziennie z 8 tyś kalorii w amerykańskich pączkach donats, ulubionych ciastkach reese’s, steakach i innych tłustych daniach popijanych dużą ilością piwa, wódki belvedere i Jacka Daniela. Nie ukrywam było przyjemnie, ale powróciłem do domu + 4kg i z kiepskim samopoczuciem. Pierwsze przemyśleniach po powrocie – „chłopie – chyba zrobiłeś już w tym bieganiu swoje – 2:48 w maratonie to twój max – biegaj sobie dalej, ale odpuść życiówki”

Długo biłem się z myślami co dalej, tym bardziej, że miałem przed sobą sezon koncertów. 25 występów w ciągu 4 miesięcy. Jak utrzymać motywację i dalej biegać ambitnie i z chęcią poprawiana wyników? Po pierwsze musiałem wrócić do rytmu i dyscypliny treningowo-dietetyczno-wagowej. To w ciągu 2 tygodni mi się udało. Zrzuciłem 3 z 4 kilogramów z wyprawy do USA i poczułem się znacznie lepiej. Potrzebowałem jednak czegoś więcej, jakiegoś nowego bodźca, który pchnie mnie to przodu.

Postanowiłem zakończyć współpracę z trenerem Marcinem Nagórkiem. Było to bardzo trudne, ponieważ po 2,5 roku wspólnego trenowania staliśmy się dobrymi kumplami. Wiele mu zawdzięczam i bardzo mu dziękuję. To on zaraził mnie pasją do biegania i sprawił, że z przeciętnego biegacza-celebryty z życiówką 3:30 w maratonie stałem się walecznym maratończykiem z rekordem 2:48 na królewskim dystansie. Z Marcinem przegadaliśmy setki godzin o treningu, giełdzie (obaj lekko spekulujemy na GPW) i życiu. Życzę każdemu takiego trenera i kolegi.

Ja osobiście zaczynam nowy biegowy rozdział. Nie chcę biegać spacerowym tempem – chcę progresu, walki, poświęcenia i zamierzam go osiągnąć, dzięki swojej sile woli, mocnemu treningowi i nowemu trenerowi. Jest nim najlepszy poznański maratończyk i czołowy biegacz długodystansowy w Polsce – Marcin Fehlau. Dzięki temu, że mieszkamy w jednym mieście będziemy mogli współpracować trenując od czasu do czasu wspólnie, co jest dla mnie nową jakością. Obiecuję sobie wiele i mam nadzieję jeszcze w tym roku na jesień powalczyć o okolice 2:40 w maratonie. Zaczynamy! Co ma być to będzie! Wierzę, że będzie dobrze!