Wiosna nie sprzyja dyscyplinie. Nie wiem czy też tak macie, ale mi trudniej zachować rytm, regularność i umiar gdy za oknem więcej słońca i ciepła. Maj był właśnie taki: chciałem mocno potrenować mimo wielu wyjazdów, trzymać fason w jedzeniu i piciu i być mocny w swych postanowieniach – niestety zupełnie się to nie udało. Skłoniło mnie to do dosyć radykalnych decyzji.

Początek miesiąca to regularny i mocny trening. Niestety akcenty były na tyle ambitne, że zazwyczaj nie udawało mi się ich wykonać tak jak chciałem, co nieco mnie frustrowało. Akcenty typu dwa odcinki 3km po 3:30/km przedzielone 4 x 500m po 3:10/km. 500tki szły dobrze, ale dłuższe bieganie niby niezbyt szybkie, ale mnie zamulało. Potem nieudane podejście do 20 x 400m po 1:16 i mimo woli walki nie dawałem rady. Ratunkiem mentalnym miał być dla mnie wyjazd od Nowego Jorku. Miałem normalnie trenować. 8 jednostek w 10 dni. Po 3 dniach odpuściłem. Jet lag, brak snu, gościnnośc polonii i napięty plan zwiedzania i muzycznych warsztatów wystarczyły bym powiedział sobie w duchu „To nie ma sensu. Tydzień przerwy”

No i poleciałem ostro. Myślę, że spożywałem dziennie z 8 tyś kalorii w amerykańskich pączkach donats, ulubionych ciastkach reese’s, steakach i innych tłustych daniach popijanych dużą ilością piwa, wódki belvedere i Jacka Daniela. Nie ukrywam było przyjemnie, ale powróciłem do domu + 4kg i z kiepskim samopoczuciem. Pierwsze przemyśleniach po powrocie – „chłopie – chyba zrobiłeś już w tym bieganiu swoje – 2:48 w maratonie to twój max – biegaj sobie dalej, ale odpuść życiówki”

Długo biłem się z myślami co dalej, tym bardziej, że miałem przed sobą sezon koncertów. 25 występów w ciągu 4 miesięcy. Jak utrzymać motywację i dalej biegać ambitnie i z chęcią poprawiana wyników? Po pierwsze musiałem wrócić do rytmu i dyscypliny treningowo-dietetyczno-wagowej. To w ciągu 2 tygodni mi się udało. Zrzuciłem 3 z 4 kilogramów z wyprawy do USA i poczułem się znacznie lepiej. Potrzebowałem jednak czegoś więcej, jakiegoś nowego bodźca, który pchnie mnie to przodu.

Postanowiłem zakończyć współpracę z trenerem Marcinem Nagórkiem. Było to bardzo trudne, ponieważ po 2,5 roku wspólnego trenowania staliśmy się dobrymi kumplami. Wiele mu zawdzięczam i bardzo mu dziękuję. To on zaraził mnie pasją do biegania i sprawił, że z przeciętnego biegacza-celebryty z życiówką 3:30 w maratonie stałem się walecznym maratończykiem z rekordem 2:48 na królewskim dystansie. Z Marcinem przegadaliśmy setki godzin o treningu, giełdzie (obaj lekko spekulujemy na GPW) i życiu. Życzę każdemu takiego trenera i kolegi.

Ja osobiście zaczynam nowy biegowy rozdział. Nie chcę biegać spacerowym tempem – chcę progresu, walki, poświęcenia i zamierzam go osiągnąć, dzięki swojej sile woli, mocnemu treningowi i nowemu trenerowi. Jest nim najlepszy poznański maratończyk i czołowy biegacz długodystansowy w Polsce – Marcin Fehlau. Dzięki temu, że mieszkamy w jednym mieście będziemy mogli współpracować trenując od czasu do czasu wspólnie, co jest dla mnie nową jakością. Obiecuję sobie wiele i mam nadzieję jeszcze w tym roku na jesień powalczyć o okolice 2:40 w maratonie. Zaczynamy! Co ma być to będzie! Wierzę, że będzie dobrze!