TRÓJKOŁAMACZ

– Co masz taki zmarnowany głos? – pyta kolega po drugiej stronie słuchawki

– Wczoraj biegłem maraton i dziś moje ciało czuje się dosyć podle – odpowiadam

– A które miejsce miałeś w tym maratonie?

– Mhh… W okolicach 200 miejsca, ale udało mi się złamać czas 3 godzin co było moim dosyć ambitnym celem.

– A no to gratulacje, choć ja słyszałem, że maratony biegają po 2 godziny i trochę więc ten twój czas to taki jeszcze do poprawienia…

Tak. Wielu kolegów z branży muzycznej czy moich fanów ma właśnie takie pojęcie o bieganiu. Które miejsce?  Maraton to ile, 30  czy 40km? I inne zabawne pytania.

Wielu pyta mnie też po co mi to było?

Po pierwsze – odpowiadam – bo lubię. Biegać, rywalizować, zmagać się z trudnym wyzwaniem. Po drugie z tęsknoty za pewną życiową sprawiedliwością. Biegacz, który przepracuje uczciwie okres przygotowawczy może z dużą pewnością oczekiwać, że zbierze plon w postaci poprawy kondycji, wyniku, osiągnięć. Świat muzyczny jest zupełnie inny. Kieruje się emocjami, irracjonalnymi często wyborami, modami, gustami. Nie masz żadnej pewności, że twoja ciężka praca przełoży się na sukces. Często numery pisane na przysłowiowym kolanie okazują się „strzałami w dziesiątkę” a ambitne numery nie znajdują uznania wśród publiczności. Stąd bieganie było i jest dla mnie odskocznią i przywróceniem wiary w sprawiedliwość świata 🙂

Lubiłem zawsze biegać w tempie relaksacyjnym. Bieg był tłem dla przemyśleń, aktywizował umysł, poprawiał nastrój, często był źródłem inspiracji. Nieraz przybiegałem do domu i pierwszą czynnością było zapisanie rymów, które wpadły mi do głowy podczas biegania.

Do października 2014 nigdy nie biegałem wg jakiegoś specjalistycznego planu. Zaliczyłem do tego czasu 5 maratonów. Albo startowałem niemal z marszu ( Poznań 2002 – czas: 3:54, Poznań 2011 – czas: 3:48) albo przygotowywałem się autorską metodą czyli bieganiem ok. 2-3 razy w tygodniu po 10-12 km jednostajnym tempem (Poznań 2013 – 3:36, Orlen Warsaw Marathon 2014 – 3:23) Po maratonie w Warszawie w kwietniu  2014 przez pół roku nie biegałem w ogóle. Pochłonął mnie tenis i pierwszy bieg zrobiłem sobie dopiero we wrześniu. Nie wiedziałem co to treningowy akcent, przebieżki wplatane w spokojny bieg, podbiegi, dłuższe interwały. Zdawałem sobie sprawę, że coś takiego istnieje, ale uważałem, że to dobre dla biegowych maniaków.

Potem był przełomowy wywiad do premierowego numeru RUNTIMES`a i śmiała deklaracja walki o złamanie 3 godzin w maratonie. Jak się okazuje bywa, że nie w pełni  świadome decyzje w połączeniu w publicznym charakterem deklaracji dają dobre efekty. Jak już postanowiłem złamać tę „trójkę” to mimo sceptycyzmu trenera Marcina Nagórka i Rednacza Sławka Roszyka wiedziałem, że MUSZĘ to zrobić. Niecierpliwość nie jest dobrą cechą długodystansowca, ale uważałem, że 6-7 miesięcy to wystarczający okres, a miałem świadomość, że w wypadku niepowodzenia, w maju i czerwcu zacznie się trasa koncertowa, a z nią długie godziny w trasie, nieprzespane noce i inne alkohole. Perspektywa poprawki jesienią mnie nie interesowała.

Przebieg okresu przygotowawczego znacie. Cały czas wierzyłem, że to może się udać, choć miałem wiele wątpliwości szczególnie po dwóch nieudanych długich wybieganiach, podczas których nie potrafiłem utrzymać zaplanowanego tempa. Aż wreszcie przyszedł sądny dzień. Warsaw Orlen Marathon dnia 26 kwietnia 2015.

„Nie tak to miało wyglądać” – pomyślałem na 8km. Maraton do 30km to miał być trans, którego nawet nie będę pamiętał, a wszystko miało zacząć się na ostatnich kilkunastu kilometrach. Tymczasem zacząłem jak oszołom pierwszy kilometr w okolicach 4:00 (w sumie nie mam pojęcia dlaczego 🙂 ), potem to przyklejałem się do grupy, która leciała za szybko, to zwalniałem do tempa, grupy zbyt wolnej. GPS mocno nie zgadzał się z oznakowaniem kilometrów na trasie  – nerwy i  chaos! Zaplanowane tempo na 2h59min to 4:15/km. Pierwsza piątka wyszła na 20:50 czyli 4:10/km – niemądrze.

Zacząłem zwalniać, chciałem to zrobić stopniowo, ale nie potrafiłem złapać rytmu. W konsekwencji wychodziły mi na zmianę kilometry w tempie 4:08, a potem np. 4:22. Podbieg na 8km też dał mi się we znaki. Wiedziałem, że będzie, ale nie sądziłem, że jest tak długi i stromy. Miałem więc niezły czas, ale i związany z tym niepokój, że zacząłem zbyt szybko i będę musiał to oddać później.

Oczekiwana maratońska monotonia przyszła na szczęście między 10-25km. Z tej części faktycznie niewiele pamiętam. Po prostu szło jak z automatu, kilometr za kilometrem z zaplanowaną prędkością w okolicach 4:15.

Od 25km zaczęły się schody. Utrzymywałem tempo, ale spadało mi morale i pojawiły się czarne myśli, że się nie uda. Nogi stawały się coraz cięższe. Na duchu podtrzymywały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze miałem zapas ok. 50sekund do zaplanowanego tempa, po drugie na 28kilometrze miał dołączyć do mnie Marcin Nagórek i pobiec ze mną wspólnie do 40km.

Zabawnym jest fakt, że Marcin nie biegł ze mną nigdy wcześniej. Wszystkie treningi ustalaliśmy drogą meilową, często do siebie dzwoniliśmy, złapaliśmy fajny kontakt, ale ten premierowy wspólny bieg zrobiliśmy dopiero na ostatnich kilometrach docelowego maratonu.

Wsparcie Marcina okazało się nieocenione. Mobilizował, dyktował tempo, odciążył głowę od coraz trudniejszych przeliczeń minut i sekund bo mój procesor w głowie pracował w każdą chwilą coraz wolniej. Tak mijały kilometry. 30-35km – bardzo już cierpiałem, ale tempo nie spadało. 36-40 – tu już wydawałem z siebie nieokreślone dźwięki, charczałem, rzęziłem, plułem i smarkałem na zmianę. Tempo jednak nie spadało!

Na 40 kilometrze Marcin rzucił mi ostatnie słowa wsparcia i zostawił na 2 kilometry celebracji sukcesu! Już wiedzieliśmy, że się uda! 40km i czas 2:48:38! Na ostatnich metrach nie cisnąłem już. Po pierwsze nie bardzo miałem  z czego, po drugie chciałem delektować się ostatnią prostą, nacieszyć się chwilą triumfu! Pod nosem mruczałem sobie tylko: „Na mecie ze świetnym czasem 2:58:20 witamy Jacka MEZO Mejera – samozwańczego rekordzistę Polski artystów w maratonie!

Warto było! Dziękuję Sławkowi Roszykowi za wrzucenie mnie na tą głęboką wodę, Marcinowi Nagórkowi za profesjonalizm i spokój i Wam wszystkim za wsparcie i śledzenie naszych treningów. Z biegowym pozdrowieniem. MEZO

owm_finish_1FullSizeRenderIMG_0155mezo9_fot_antos_sobuckiowm_dyplom