RYTM ŻYCIA RAPERA-BIEGACZA czyli RELACJA Z SUPERWEEKENDU

AKCENT – KONCERT – TRENING – KONCERT – TRENING – KONCERT – AKCENT. Tak mniej więcej brzmi rytm tego dłuuugiego i bardzo intensywnego weekendu. Zaczęło się w piątek od mocnego treningu w Warszawie z moim trenerem Marcinem Nagórkiem. Wieczorem byłem świadkiem spektakularnego koncertu Rihanny na Narodowym, w sobotę przemieściłem się 400km na zachód by zagrać swój koncert w Sławie (nie zapominając o treningu) by w niedzielę przejechać kolejne 400km na koncert do Radomia (nie zapominając o treningu) W poniedziałek byłem martwy, ale wyspawszy się walnąłem jeden z bardziej udanych ciężkich treningów od miesięcy. 3 x 3km po 3:40. Teraz leżę… Jestem zmęczony i zadowolony 🙂

PIĄTEK

Do Wawy wybrałem się z żoną pociągiem chcąc ograniczyć do minimum zmęczenie dosyć długą trasą. Naszym wieczornym celem był koncert Rihanny (ja cieszyłem się również na support Big Seana) ale zanim zafundowaliśmy sobie tą muzyczną ucztę trzeba było się zmęczyć! Wyjazdy do Warszawy to dla mnie zawsze okazja, żeby spotkać się z moim biegowym trenerem, czasem razem potrenować. Tak było tym razem. Zrobiliśmy bardzo intensywny, krótki trening krosowy w bardzo wymagającym terenie. Najpierw 3 x 1km po 3:30 (wyszło dokładnie 3:28, 3:24, 3:30) i potem kluczowy odcinek ok 3,4km ciągłego mocnego biegu po lesie, korzeniach, pagórkach, piachu. Do końca trzymałem plecy Marcina. Dla niego był to wysiłek pewnie taki na 3/4, dla mnie ostra walka na granicy. Pod górę pierwszy km wyszedł nam ok 3:50, potem już się rozpędzaliśmy (2km ok 3:40) i końcówka to lekka mgiełka przed oczami i ponad km w tempie 3:30 i lepiej! Ten trening uświadomił mi jak przydaje się wspólny trening, presja partnera, która potrafi nam dodać skrzydeł i wykrzesać dodatkową ambicję. Ja trenuję póki co sam, ale myślę ostatnio coraz częściej nad robieniem niektórych mocnych jednostek (akcentów) wspólnie z innym biegaczem (mam już kilku kandydatów w głowie 🙂 )

Po treningu, zadowolony, udałem się z żoną na koncert, który naprawdę nie rozczarował. Wypełniony po brzegi stadion robił wrażenie. Olbrzymia scena, dobre nagłośnienie (przynajmniej z płyty stadionu, bo słyszałem, że ludzie na trybunach narzekali) – energetyczny rapowy support Big Seana i gwiazda wieczoru Rihanna – co by nie powiedzieć – dziewczyna zamieniająca każdą piosenkę w hit od ponad dekady! 80 minutowy show dał pełną satysfakcję. Napięcie było odpowiednio dawkowane, aby osiągnąć apogeum w kilku końcowych piosenkach. Zespół muzyczny grał rewelacyjnie, chórek, tancerze – wszystko na światowym poziomie! No i najważniejsze – Rihanna na żywo naprawdę daje radę! Potrafi śpiewać, ma sceniczny luz. Wydaje mi się,  że miała dobry dzień i sama bawiła się naprawdę świetnie! Swoją drogą nie mogła zlekceważyć takiej publiki, która była wpatrzona w nią jak w obrazek!

IMG_4951Z żoną Weroniką. Publikę rozkręca Big Sean.

 

Nocleg mieliśmy u Marcina Nagórka, który czekał już na nas z…  70% śliwowicą. My przynieśliśmy wino, znalazły się też jakieś browarki i domowy melanż zakończył się przed 4. Nasz dobry nastrój napędzały nie tylko alkohole, ale także ceremonia otwarcia Igrzysk w Rio. Było o czym dyskutować (główną atrakcją było zgadywanie gdzie leżą na mapie świata wszystkie te mini reprezentacje sportowców z np. Tuwalu, Nauru czy Suazi…)

SOBOTA

Obudziłem się z błyskotliwą myślą, że chyba wczoraj piłem alkohol, a przede mną powrót do Poznania, trening i wieczorny koncert. Na szczęście odespałem swoje w pociągu czytając nieco także nową książkę Jerzego Skarżyńskiego o bieganiu jego metodą. Stara szkoła polskiego biegania, którą dotychczas nieco pomijałem. Mimo, że większość rzeczy jest dla mnie już znana (przeczytałem kilkanaście biegowych poradników i duuużo rozmawiam z Nagórem) to polecam szczerze tą pozycję książkową.

Trening zrobiłem ok 15. Bardzo wolne 11km po sucholeskim poligonie (tempo 5:30/km) Na szczęście tego dnia nie strzelali, więc wróciłem żywy. Potem w auto i ponad 100km do Sławy na koncert. Przed 20 rozpętała się niezła burza i nasz występ stanął po lekkim znakiem zapytania. Wykorzystaliśmy ten czas, żeby lekko „nastroić” się Jackiem Danielsem i ok 20.30 zaczęliśmy koncert. Z czasem pod scenę wracali kolejni ludzie, przegonieni przed deszcz. Zdecydowanie udany koncert i fajna publika. Wystąpiliśmy w pełnym składzie czyli ja, Kasia Rościńska (wokal) Vito WS (rap) John James (wokal) Dj Skill (Dj) Artur (perkusja) Pasażer (piano) Rafi (bas) Wróciłem do domu zupełnie nie pamiętam o której… 🙂

20160806_213914Dla Sławy!

NIEDZIELA

Niedzielny poranek był znacznie cięższy niż sobotni. Tu muszę podziękować mojemu akustykowi Antkowi Sobuckiemu, z którym ustaliłem swoje zwolnienie z próby. Zespół chciał wracać zaraz po wieczornym koncercie  w Radomiu. Ja wiedziałem, że zostanę na noc, bo chcieliśmy z żoną odwiedzić jej kuzyna mieszkającego w okolicy, więc dojechaliśmy swoim autem na sam koncert (zespół pojechał wcześniej busem) Przed wyjazdem zrobiłem 10km bardzo wolnego biegu wraz z żoną (tempo ok 5:50/km)

Dojechaliśmy do Radomia na ostatnią chwilę po 18. Miałem niecałą godzinę do występu.  Przebrałem się, wypiłem browarka i na scenę! Grało mi się świetnie i byłem strasznie gadatliwy. Dj Skill zawsze po koncercie lekko się ze mnie podśmiechuje, że potrafię nawijać po 3-4minuty między piosenkami. W Radomiu rzeczywiście dobrze mi się rozmawiało z publiką. Było trochę o sporcie (Rio)  i o spranych, ulubionych t-shirtach, kupionych na zapyziałych targowiskach (wystąpiłem w jednym z takich) Mimo, że nieco skracałem na końcu wyszło prawie półtorej godziny grania (czyżby podświadomy wpływ maratonu?) Po koncercie pojechaliśmy odwiedzić „radomską” rodzinę.

31a76fae36deaf0db293260b3ae0de25resNet10_ndRadom na lekkim efekcie… 🙂

PODZIEDZIAŁEK…i wtorek

Byłem już solidnie zmęczony weekendem, a miałem zaplanowany ciężki trening, którego sednem były 3 rundy po 3km w tempie 3:40 na 3 minutowej przerwie w truchcie. Wróciliśmy do domu późnym popołudniem i już wiedziałem, że ten trening nie ma sensu. Byłem wykończony. Jedyne na co zdołałem się zebrać to 10km ok 5:10/km na bieżni mechanicznej w domu, oglądając, niestety przegrany mecz deblowy w tenisowy pomiędzy Kubotem/Matkowskim, a Ferrerem/Bautistą. Potem zasnąłem jak dziecko…

Przespawszy ponad 10h poczułem się dobrze. Wypiłem espreso i ruszyłem na zaplanowany dzień wcześniej akcent. Wyszedł wyborny trening! Nie spodzieałem się tego zupełnie. Doskonałe warunki atmosferyczne – ok 18st. C. Znacznie się ochłodziło i biegałem jak maszyna. Najpierw 20′ spokojnie na rozgrzewkę i potem zasadnicza cześć na stadionie lekkoatletycznym. Dystans mierzyłem zegarkiem bez GPS`a od lini do lini. Pierwsza trójka (3:40, 3:38, 3:35) Druga (3:40, 3:37, 3:35) czyli niemal identycznie. Trzecia – ostatnia i najcieższa (3:40, 3:36, 3:27!) Miałem moc w końcówce, cierpiałem już bardzo mocno, ale była wola walki!

FullSizeRender (1)Udane 3 x 3km po 3:40! Dobrze jest!

Ten trening dał mi dużo wiary w możliwy dalszy postęp wyników! Jeszcze w lipcu miałem problem z zadanymi jednostkami (nie wyszło mi np. 2 x 4km po 3:45) Na 60 dni do maratonu jest dawka optymizmu! Plan minimum życiówka (poniżej 2:55) , plan realny (poniżej 2:50) plan optymistyczny (okolice 2:45) To na dzień dzisiejszy bo dużo się jeszcze może zmienić i na plus i na minus.

LIPIEC czyli BIEGOWE WAKACJE W LIVIGNO

Lipiec, zgodnie z planem, biegowo okazał się dla mnie przełomowy. Statystycznie wygląda to rewelacyjnie – najlepiej od marca, a biorąc pod uwagę trening uzupełniający najlepiej od… kiedy sięgam pamięcią 🙂 Przebiegłem 380km wychodząc na trening 29 razy. Poza tym 5 razy odwiedziłem siłownię i po wielu miesiącach przerwy w końcu pograłem w tenisa (3x) Wszystko notuję. Przyzwyczaiłem się do tego, lubię to i polecam wszystkim. Można zawsze wrócić do jakiegoś dawnego treningu, porównać przeszłość z teraźniejszością itd.  Co najważniejsze jednak czuję się dobrze, nie jestem przemęczony, zostawiam sobie nadal sporą rezerwę na dokręcenie śruby. Największe obciążenia przede mną. Do docelowego maratonu ponad 2 miesiące (Poznań Maraton 09.10.2016)

Z pewnością duży wpływ na mój udany sportowo miesiąc miał wyjazd na wakacje do Livigno we Włoszech. 12 dni z dojazdem własnym autem, a więc realnie 10 dni treningowych na miejscu. 10 jednostek  biegowych, 3 razy siłownia. Wszystko na wysokości ponad 1800m n.m.p. To było moje pierwsze doświadczenie z treningiem wysokogórskim. Nie biegałem mocno, raczej sporo, ale niezbyt intensywnie z zaledwie 2 akcentami. Mimo to oderwanie od rzeczywistości i obowiązków zrobiło świetną robotę dla mojego ciała i ducha. Mogłem skupić sie tylko na treningu (no i żonie, która dzielnie trenowała ilościowo tak samo jak ja) Po każdym wysiłku miałem czas na porządne rozciąganie, rolowanie, regenerację. Piękne widoki dookoła, ciężkie powietrze – owszem, ale jakże to motywujące. Jestem w górach, trenuję jak zawodowiec! 🙂 Psychicznie też byłem mocny. Wypiłem zaledwie jedno piwo na koniec wyjazdu w ramach nagrody. Organizm odpoczął.

Na jeden z zaplanowanych akcentów (ciekawy trening 30 x 200m z przerwą ok 40sek. plus rozgrzewka i schłodzenie) wybrałem się do pobliskiego St.Moritz, gdzie znajduje się bieżnia lekkoatletyczna. Cudowna alpejska trasa przez szwajcarską przełęcz Bernina a na miejscu wielka niespodzianka. Na bieżni miałem okazję trenować z polską kadrą przygotowującą się do Igrzysk w Rio. Wrażenie niezwykłe, ciężko było się skupić na treningu widząc tylu świetnych sportowców na czele z kandydatem do medalu na 800m – Marcinem Lewandowskim. W tym czasie w St. Moritz trenowali (myślę, że nadal tam są jeszcze) Artur Kozłowski i Henryk Szost. Znalazłem się więc całkiem przypadkowo w samym centrum przygotowań polskich długodystansowców. Warunki w St. Moritz mają naprawdę wyjątkowe! Mam nadzieję, że przekują to na medale w Brazylii.

Po powrocie na niziny niestety nie doczekałem się jakiejś niesamowitej zwyżki formy. Na 3 dzień po powrocie wystartowałem w biegu przełajowym na 5km CityTrail on Tour. Szału nie było. Czas 18:28. Niemniej, czuję, że jestem na fali wznoszącej i co najważniejsze mam głód biegania i podkręcania tempa. Na tym etapie wiosną (na 8 tygodni przed majowym maratonem) byłem już mocno zajechany. Teraz pilnuję by trzymać świeżość, więcej czasu poświęcam aspektom uzupełniającym takim jak rozciąganie i rolowanie. Profilaktyka i więcej umiaru w treningu.

Mimo, że połowę miesiąca urlopowałem, udało się zagrać także 4 koncerty. Było więc bardzo intensywnie, a sierpień zapowiada się jeszcze okazalej. 5 koncertów, mocniejszy trening biegowy plus turniej tenisowy artystów Beskid Cup 2016 w Jaworze. Tenisowo ciężko będzie po raz kolejny ograć Marcina Dańca i spółkę (do gry wraca też triatlonista Robert Rozmus) ale na pewno będzie ciekawie! No i Igrzyska w Rio! Ostatnio czekałem tak chyba na Barcelonę `92 (z powodu polskich piłkarzy) i Atlantę `96! Czasy dziecięcej zajawki sportowej wróciły po 30-tce… Kto by pomyślał… 🙂

 

DSC08294 (1)LivignoDSC08344

DSC08388 (1) St.Moritz

DSC08419Przełęcz Bernina