DSC07854

To był dobry bieg! Dzięki za wszystkie gratulacje! Świetne warunki, mocna dyspozycja dnia i jestem poziom wyżej na 10km. Wielu biegaczom udało się wczoraj uzyskać dobre rezultaty – brawo! Sztuką było wykorzystać sprzyjające okoliczności. Pobiec z głową i z sercem, na granicy możliwości, a nawet nieco szybciej. Mój oficjalny wynik to 35:29. Cieszy on tym bardziej, że drugą połowę biegu poleciałem w 17:23 co na 5km jest moim nowym…rekordem życiowym.

Dziś już na chłodno analizuję bieg i zastanawiam się czy mogło być jeszcze lepiej? Na pewno mogło, ale odrobinę. Czy mogło być gorzej? Na pewno mogło i to dużo. Nie ukrywam, że pobiegłem wczoraj taktycznie, przez pierwsze 5km niemal zachowawczo. Obawiałem się zbyt mocnego startu i kryzysu na newralgicznych, trudnych psychicznie kilometrach 6-9. I tego udało się uniknąć, co było dla mnie nowością w biegu na dychę.

Pierwszy kilometr w 3:34, choć wydawało mi się jakbym biegł rozgrzewkę. Wszyscy ruszyli z kopyta do przodu. Prosto i z górki, aż się prosiło. Za rok też tak polecę 😉 Wczoraj miałem jednak wbite do głowy, nie szarżuj na początku i o dziwo mi się to udało. Drugi kilometr 3:32. Czułem, że nieco przyspieszam. Chciałem złapać jakąś grupkę biegaczy, ale niezbyt mi się to udawało, więc trochę szarpałem. Kilometry 3-5 były najwolniejsze. 3:39-3:37:3:43. Może trochę przesadnie powstrzymywałem się przed mocniejszym tempem, nieco też wtedy wiało i sporo zakrętów. No wiecie – trzeba na coś zwalić 🙂

Na półmetku czas 18:06. „Trochę słabo” – pomyślałem, ale widziałem, że wszystkie siły w tym biegu są nadal we mnie. Złamanie 36minut było nadal w zasięgu ręki. Ruszyłem nieco żwawiej. 6km – 3:29. Tu sporo biegłem sam próbując dogonić grupę przede mną. Czułem się nadal bardzo dobrze, ale tempo tego kilometra średnie – 3:37. Na 8km przyspieszyłem już mocno i wyszło 3:22. Może trochę za mocno, bo ostatnie 2km to była walka o życie! Pamiętam tylko myśl, że „nienawidzę biegania i po co mi to” (stała refleksja na ostatnich kilometrach) a potem pomyliłem przycisk split ze stopem na granicy 8/9kilometra. Po 3 sekundach odpauzowałem stoper i pomyślałem, że jeszcze nie jest tak źle skoro dbam o takie pierdoły jak splitowanie.

Kilku biegnących ze mną osób mocno mnie dopingowało (dzięki!) publika też była głośna. Wszyscy lecieliśmy ostatkiem sił, dysząc jak lokomotywy. Ostatnie 2km wyszły w 6:54. Finish nie był rewelacyjny, nie zmusiłem się do maksymalnych obrotów, ale wypatrując zegar wiedziałem już, że jest dobrze i będę w okolicach 35:30. To mnie satysfakcjonowało. Na mecie kilka sekund zawieszki i wybuch ogromnej radości! Udało się! Opór został przełamany! Zimowy trening odpalił! Wiedziałem, że tak będzie! Nastał czas plonów! Życiówka pobita o 105 sekund! Na 10km to dużo! Uwielbiam ten stan naturalnego haju, gdy uda się bieg! Myślę o nim zawsze gdy cierpię na ostatnich metrach!

Dzień po. Złoty medal za Maniacką Dziesiątkę wisi na lampie, a ja jestem już myślami przy Poznań Półmaratonie 17 kwietnia. Chciałbym pobiec nieco odważniej niż na 10km. Treningi najbliższych 3 tygodni ustalą mi w głowie plan taktyczny i orientacyjne tempo. Mój trener – Marcin Nagórek już napisał mi „szykuj się na czwartek na 135minut biegu”! Akcenty stricte maratońskie czas zacząć! Miesiąc do połówki, dwa miesiące do maratonu! C’mon!

Maniacka Relacja Video (by Dj Skill)