mms_20160422_225143Rollin…Rollin…Rollin…

Nie piszę ostatnio zbyt wiele o swoim bieganiu bo nie lubię narzekać. Chyba powinienem jednak podzielić się z Wami tym jak się miewa moja forma. A jest dosyć dramatycznie. Wynik z Poznań Półmaratonu, który był dla mnie mało zadowalający z dzisiejszej perspektywy wydaje się naprawdę całkiem niezły. Po biegu zrobiłem 3 dni zupełnej laby i w czwartek wyszedłem na trening z dużym zapałem. Niestety gasł z każdym kilometrem. Czułem się jakbym biegł z ciężarkami przy kostkach, ponadto ból w piszczelach i prawym kolanie. Przystąpiłem niezwłocznie do rozbijania wszystkich przykurczów. Masaż i codzienne rolowanie. Trener, fizjoterapeuta, żona – torturowali mnie wszyscy z nadzieją rozbicia pospinanych mięśni. W międzyczasie truchtałem po 40 minut dziennie w tempie 5:20/km i gorzej i wcale nie były to dla mnie przyjemne treningi. Naprawdę bałem się czy w niedzielę podczas biegu na 10km w ramach Warsaw Orlen Maratonu  będę w stanie poprowadzić żonę na czas 47minut!!! Taki mały dramacik 🙂 Na szczęście udało się, a dzień później biegało mi się nieco lepiej. Wczoraj spróbowałem zrobić lekki akcent. Miałem biec 12km w tempie ok 4:00/km. Głowa chciała, samopoczucie dobre, ale nogi na urlopie. Po 2-3km pogodziłem się z myślą, że 4:20/km to maksymalne tempo, które mogę utrzymywać. Przy tym oddechowo czułem się bardzo dobrze. Nogi jednak całkiem zbuntowane, jak nie moje…

Dotychczas świetnie dogadywałem się ze swoim ciałem. Dawałem mu trudne zadania do wykonania, ale wszystko w granicach rozsądku. Ciało dźwigało te ciężary, odpoczywało i było znów gotowe do pracy. Teraz zupełnie straciliśmy komunikację. Nic się nie słucha! Woła o wakacje! I naprawdę chętnie był się na nie zgodził, ale… nie teraz! Na dwa i pół tygodnia przed maratonem, który miał być głównym sprawdzianem formy! Póki co zapowiada się piękna katastrofa. O misji 2:30 przestałem nawet myśleć. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że za 2 lata planuje rekord świata w maratonie, bo byłoby to równie realne. Nie znaczy to, że się poddaje, ale obecnie przeżywam nie brak postępu, a jakiś dramatyczny regres, totalną niemoc. Doskonale rozumiem teraz syndrom depresji biegacza. Dotychczas myślałem, że bieganie jest sprawiedliwe i oddaje tyle ile włożysz. Gdyby tak było szykowałbym się z pewnością do ataku na 2:45 w Gdańsku. W tej chwili drżę, żeby w ogóle być w stanie pobiec.

Nie chcę wchodzić w szczegóły powodów tej niedyspozycji. Wiem, że wielu z Was pewnie ma jakieś rady, ale mam wokół siebie dobrych doradców i wiem, że prędzej czy później dojdę do siebie. Póki co fakty są takie, że plan który od listopada do marca realizowałem niemal perfekcyjnie z początkiem kwietnia zupełnie się rozsypał. A moje ostatnie długie wybieganie miało miejsce ponad miesiąc temu. Na 17 dni przed maratonem nie wróży to dobrze, a czasu na nadrobienie czegokolwiek już po prostu nie ma. Wierzę, że moje nogi wrócą z urlopu, a ja robię kolejne 3 dni laby i czekam z nadzieją na trening w poniedziałek. Pocieszające jest to, że zaczynam sezon koncertowy. W niedzielę gramy z zespołem, Kasią Rościńską, Johnem Jamesem i Dj`em Skillem we Wronkach. Zapraszamy! 🙂