Za mną pierwsza połowa roku 2016 i jednocześnie kolejna cyferka w metryce wieku. Mogę tak naprawdę powiedzieć, że w końcu dojrzałem do biegów długodystansowych. Po moim debiucie w maratonie w wieku 19 lat miałem dwie refleksje. Fajny sport i atmosfera, ale sami starzy ludzie na starcie! No i nie imponowali mi swoimi szczupłymi sylwetkami. Gdzie jakiś biceps? Klata? Same chudziny! Głównie z tego powodu miałem biegowo niemal 10 letnią przerwę, a wolałem odwiedzić siłownię, pograć w piłkę czy tenisa. Dziś wyleczyłem się w chęci imponowania komukolwiek mięśniami. Nadal lubię poćwiczyć, ale obecnie bardziej z ciężarem własnego ciała niż przerzucając żelastwo. Początek roku 2016 to był już naprawdę biegowy trening w dużym poświęceniem. Codziennie. Dużo i mocno. Jak się okazało trochę za mocno.

Osiągnąwszy apogeum formy w marcu (10km w 35:29) potem leciałem po równi pochyłej. Przykurcze mięśniowe, konieczność drastycznej redukcji obciążeń treningowych i rozczarowujące wyniki w półmaratonie w kwietniu (1:21:09) i  w maratonie w maju (2:59:29) Rozczarowujące wobec moich wybujałych, wręcz megalomańskich aspiracji zameldowania się w 2h 30min na mecie maratonu w ciągu 2 lat. Pod koniec maja podczas półmaratonu w Tarnowie Podgórnym miałem okazję zamienić kilka zdań z reprezentantem Polski i zwycięzcą biegu Marcinem Chabowskim, który z niemałym zdziwieniem zapytał. „To 2:30 to tak dla żartu powiedziałeś czy na poważnie?” Odpowiedziałem coś w stylu. „Miało być na poważnie, ale póki co wychodzi z tego niezły żart”

Coż, na pewno dziś jestem bliżej ziemi. Rzeczywistość biegowa wcale nie jest taka sprawiedliwa jak myślałem. Ostry trening nie daje gwarancji postępu. Uświadomiwszy to sobie najpierw mocno straciłem motywację. W czerwcu coś tam trenowałem, ale lekko i niedużo. Miałem za to wiele wyjazdów na koncerty. Duże zmęczenie i mało higieniczy tryb życia.

Lipiec traktuję znów jako pewien przełom. Nie zamierzam się poddawać i wracam do uczciwego treningu by jesienią w maratonie poznańskim poprawić moje zeszłoroczne 2:55. O 2:30 myślę nadal, ale bardziej niż o celu jako o odległym marzeniu, które może kiedyś uda się spełnić. 2 lata? Wątpię. 4 lata. Może… A może i nigdy bo czas leci, człowiek regeneruje się coraz woniej, a lat przybywa. Nadal mam zamiar jednak gonić króliczka! To chyba najważniejsze. Droga ku postępowi daje Ci czasem więcej radości niż sama linia mety. Mówię, że byłem w czerwcu bez formy, a jednak to co już wypracowałem dało mi możliwość zajęcia 3 i 2 miejsca w dwóch lokalnych biegach na 5km. W każdym z nich startowało po kilkaset osób. Po raz pierwszy w życiu poza medalem na mecie dostałem także puchar. To takie małe nagrody, które dają radość, nawet jeśli główny cel jest bardzo odległy a może i nieosiągalny. Tak czy owak wierzę, że przede mną najlepsze miesiące i lata w biegach długodystansowych. Mam zamiar być cierpliwy i konsekwentny. I trochę bardziej pokorny. Czas na mocne treningi i stopniowe opuszczanie strefy komfortu! Za jej granicą kryją się nieznane krainy możliwości, które zamierzam odkrywać! Tego Wam również życzę na lato!

Mezo_BL_22_05