blogBetonboweNogi (1)

 

To był mój trzeci maraton. Pierwszy przebiegłem „na partyzanta” w 2002 roku bez jakiegokolwiek przygotowania, w piłkarskich halówkach (czas 3:54).  Drugi w 2011 podobnie. Zaraz po 10-cio godzinnym, nocnym powrocie z koncertu, jednocześnie kręcąc tego dnia teledysk (http://www.youtube.com/watch?v=mExrzPZi03A (czas 3:48) Patrząc z tej perspektywy czułem się świetnie stając na starcie wczorajszego maratonu. Po raz pierwszy byłem przygotowany. Tak przynajmniej mi się wydawało.

W tym roku miałem już zaliczony półmaraton i 2 triatlony (1/4 i ½ Ironmana) Czułem, że mogę zaatakować 3:30. Ostatnie 7km pokazały mi jednak, że jeszcze dużo pracy przede mną. Dobiegłem do mety na „betonowych” nogach, bez możliwości jakiejkolwiek walki na finiszu. Po prostu doczłapałem do mety. Czas 3:36. Radość z „życiówki” ale i kolejna lekcja pokory.

W kwietniu w półmaratonie osiągnąłem czas  1h:36min. Według wszelkich dostępnych przeliczników czasu półmaratonu na maraton wróżyło to szanse na złamanie 3:30. Niestety, dla mojej sportowej formy, w maju zaczął się sezon koncertowy a z nim dużo wyjazdów i zarwanych nocy. Poza tym letnim czasem zdecydowanie preferuje tenisa niż trening biegowy toteż forma raczej spadała niż rosła. W sierpniu zaliczyłem moje zawody sezonu czyli triatlon ½ Ironmana z bardzo sprytnym czasem 5h 59m. Mój plan minimum czyli wynik poniżej 6 godzin został osiągnięty. 2km pływania za którym nie przepadam, 90km roweru i ponad 21km biegu. Po czymś takim maraton wydaje się pestką.

Był nią tylko przez pierwsze 20km. Uśmiechy, pozdrowienia dla kibiców, żarty – to norma w pierwszej części maratonu. Potem większość zawodników zamyka się w sobie i walczy, ale już nie nogami tylko sercem i głową. Od 30km miałem już spore problemy z utrzymaniem zakładanego tempa. Gdy wraz z tym kryzysem przyszły spore podbiegi w tej części trasy wiedziałem już, że marzenia o 3:30 trzeba odłożyć na przyszły rok, jakkolwiek nie wierzyłbym w transparenty kibiców, że „ból to fikcja”. Na 35km wyprzedzili mnie pacemakarzy wyznaczający tempo na 3:30 i systematycznie oddalali się ode  mnie. Głowa chciała biec z nimi, ale beton nóg gęstniał, zastygał i wiązał nogi. Cieszyłem się, że dotarłem do mety. Publiczność pozwalała wykrzesać resztki sił.

Maraton uczy pokory. Maraton jest sprawiedliwy i nagradza regularny trening, konsekwencję i dyscyplinę. Choć to niezbyt miłe uczucie, gdy na ostatnich kilometrach wyprzedza cię wysportowany pan po 60-tce to trzeba oddać mu szacunek, bo przygotował się lepiej niż ty.

Przed nami jesień i zima – doskonały moment by wyrobić dobrą formę na nowy sezon. Dla zdrowia, dla dobrego nastroju i dla Drużyny Szpiku na pewno spotkacie mnie na trasach biegowych w przyszłym roku.  Jak tylko puści mi beton z nóg, wracam do treningu.

Komentarze.

Currently there are no comments related to this article. You have a special honor to be the first commenter. Thanks!

Zostaw swój komentarz.

* Twój adres e-mail nie będzie publikowany.